Break w jednej trzeciej

W zeszłym roku nie mogłam w ogóle, w tym – dojechałam dopiero na trzeci, ostatni dzień festiwalu Break in Classic w Otwocku Wielkim, i było warto.

Co uderzało już na samym wejściu (a właściwie także przed, jeśli oglądało się przewodnik na stronie festiwalu), to organizacja i rozmach. Zaangażowano w tę imprezę mnóstwo sił i środków, by zapewnić publiczności sympatyczny, relaksujący pobyt na pięknym terenie przypałacowym. Pałac ma nawiasem mówiąc szczególną historię współczesną: przez kilka miesięcy stanu wojennego internowano tu Lecha Wałęsę (przed Arłamowem), który za to później, gdy teren znalazł się w gestii prezydenta RP, przyjeżdżał tu na ryby. Od kilkunastu lat mieści się tu Muzeum Wnętrz, które jest oddziałem warszawskiego Muzeum Narodowego).

Na tyłach pałacu – duża scena koncertowa z widownią, z przodu – mała scena, na której artyści spotykali się z fanami i dawali autografy, oraz stoiska; w parku strefy zabaw, stoiska z jedzeniem, a także strefa VIP. Nie było numerowanych miejsc, można było siedzieć na krzesłach albo na leżakach, a także położyć się prosto na trawie na własnym kocu. Atmosfera pikniku, która jednak nie obniżała poziomu muzycznego całości (przy tym nagłośnienie było przyzwoite).

Dziś koncert rozpoczął się występem znanego wirtuoza mandoliny Aviego Avitala z niezawodną orkiestrą AUKSO, która towarzyszyła tu solistom każdego dnia. Avi grał to, co zwykle miewa w repertuarze: trochę Vivaldiego i Bacha (Bach w środku: „taka barokowa kanapka” – zapowiedział po polsku), a trochę muzyki opartej na folklorze: Tańce rumuńskie Bartóka i Utwory na gruzińskie tematy ludowe Sulchana Tsintsadze (z ulubioną pieśnią Stalina Suliko w środku) – grał to samo także wówczas, gdy go słyszałam po raz pierwszy 10 lat temu. Na koniec własnego autorstwa popis wirtuozerii (zatytułowany po prostu Avi’s Song) i na bis melodię klezmerską, bałkańską z ducha.

Całkowita zmiana w drugiej odsłonie popołudnia: francuski duet Lucienne Renaudin Vary i Felicien Brut. Ona – genialna trębaczka, nieprawdopodobna wirtuozka z duszą (ma tylko 27 lat!), on – również znakomity akordeonista (brał udział, tak jak JJO, w uroczystościach otwarcia olimpiady w Paryżu). Zbudowali program o miłości, w którym znalazły się dzieła różne, od romantyzmu przez Bernsteina (temat Marii z West Side Story), Astora Piazzollę (suita z Maria de Buenos Aires), Michela Legranda (temat z Parasolek z Cherbourga – to akurat sam akordeonista), po napisany współcześnie dla nich crossoverowy, jazzujący cykl „o Tinderze” – The Perfect Match Fabiena Waksmana. Jeszcze coś z repertuaru Edith Piaf (La vie en rose), Tango pour Claude Richarda Galliano i na sam koniec już kolejna wiązanka piosenki francuskiej rozpoczęta Marsylianką. Artystka, która zapowiadała koncert, podkreśliła, że chodzi także o jej własną największą miłość, jaką jest trąbka – zapadła na nią już w 8 roku życia i do dziś jest zachwycona, ile można tym instrumentem wyrazić, w jak różny sposób, jak rozmaitymi brzmieniami i w jak wszechstronnym repertuarze. Uroczy występ.

Jeszcze inny był koncert ostatni. Kwartet smyczkowy wykrojony z Manchester Collective wraz z jazzowym Fergus McCreadie Trio stworzyły barwne i efektowne połączenie jazzowo-szkocko-klasyczne („to bardzo ‚breakowy’ projekt” – stwierdzili zapowiadając dyrektorzy artystyczni festiwalu). Kwartet grał też sam rozmaity repertuar. W sumie mnóstwo znakomitej zabawy.

Klucz do festiwalu, założony przez jego twórców – Jakuba Józefa Orlińskiego i Aleksandra Dębicza – jest oczywisty: mają brać w nim udział muzycy, którzy mając podstawy klasyczne wychodzą też czasem poza ich ramy, a przy tym mają charyzmę, więc są w stanie porwać obie strony: i tę już „uwiedzioną”, i tę, którą dopiero należy uwieść. Wygląda na to, że to się sprawdza, choć oczywiście nie wszystko wszystkim musi się podobać. Miałam szczęście, że trafiłam akurat na dziś, kiedy wszyscy mogli być zadowoleni z wszystkich występów. Pałac podobno idzie do remontu, ale miejmy nadzieję, że nie przeszkodzi to organizacji festiwalu w przyszłym roku.

Reklama