Dzień Haendla
Po południu w Ratuszu Głównomiejskim – instrumentalnie i kameralnie, a wieczorem w Dworze Artusa – z wokalną gwiazdą.
Trio Régence sonore istnieje od dwóch lat. Każda z jego członkiń kształciła się gdzie indziej, mieszkają też w różnych miejscach, i działają na różnych polach, ale kiedy się spotykają, są świetnie zgrane. Z młodych zespołów kameralnych, jakie jak dotąd pojawiały się na Actus Humanus, ten jest bodaj najlepszy. Miewają świetne pomysły na projekty, jak ten, który słyszałam w tym roku w Brukseli. Tym razem zostały poproszone o wykonanie cyklu sześciu sonat triowych Haendla i doprosiły jeszcze flecistę Radosława Orawskiego. Program rozbudowany i dość długi, ale wykonawczynie mają tyle charyzmy i grają z takim wdziękiem, że czas szybko zleciał, choć pogoda się tymczasem popsuła…
Mimo to temperatura znów mocno podniosła się na wieczór – znów przyjechał zespół Le Consort pod kierownictwem Justina Taylora. Tym razem bez rewelacyjnego skrzypka Théotime’a Langlois de Swarte, ale za to m.in. z słyszanymi przeze mnie w składzie z tego lata w Świdnicy pełną temperamentu skrzypaczką Sophie de Bardonnèche i wiolonczelistką Hanną Salzenstein. A gwiazdą była również znana już tutejszej publiczności mezzosopranistka Eva Zaïcik. Cóż to za piękny głos, ciepły i mocny, ale też jaka umiejętność operowania nim. Budziła zachwyt zarówno powolnymi, pełnymi smutku lub tragizmu ariami z oper Haendla (ale także Attilia Ariostiego i Giovanniego Bononciniego), łącznie z przebojową Lascia ch’io pianga, jak ariami furii i gniewu. Publiczność wyprosiła dwa bisy – pierwszego nie rozpoznałam, brzmiało mi to jak Vivaldi; drugim była słynna Purcellowska aria Dydony, przy której można było wzruszyć się do łez. Zespół pokazał się jeszcze w paru utworach instrumentalnych wstawionych dla odpoczynku solistki – i także pokazał klasę. Muzycy często ostatnio do nas przyjeżdżają, ale chyba nie sposób się nimi znudzić.