Przyszły przewodniczący jury

Bartłomiej Nizioł jesienią (8-25.10.) stanie na czele grona, które będzie oceniało uczestników 17. Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu. A dziś dał recital w Filharmonii Narodowej.

W Poznaniu będzie poniekąd u siebie, bo choć pochodzi ze Szczecina, a od 30 lat mieszka w Zurychu, to w stolicy Wielkopolski studiował, a mając 17 lat wygrał ex aequo ze swoim rówieśnikiem Piotrem Pławnerem Konkurs im. Wieniawskiego (i to był początek jego triumfalnego pochodu przez konkursy: Adelajda w Australii, Pretoria w RPA, Eurowizja w Brukseli, Long-Thibaud w Paryżu). Pamiętam, jacy byliśmy dumni z chłopaków, bo ich wygrana była bezapelacyjna, a byli jeszcze tacy młodzi. Obaj skierowali później swoje kroki w stronę Szwajcarii, ale chętnie odwiedzają Polskę. Nizioł, który jest osobą bardzo zajętą (koncertmistrz opery w Zurychu, solista i kameralista, a także pedagog), bywa rzadziej. W jury Konkursu im. Wieniawskiego będzie po raz czwarty (był w 2006, 2011 i 2022 r.), ale po raz pierwszy będzie jego przewodniczącym.

Towarzyszący mu Michał Francuz (krajan skrzypka ze Szczecina, również studiował w Poznaniu) jest bardzo doświadczonym kameralistą i był stałym pianistą poznańskiego konkursu w 2016 i 2022 r. Pewnie będzie i w tym roku. Dziś chyba trochę za bardzo wszedł w rolę bardziej akompaniatora niż partnera, ale może akurat był zmęczony.

Można powiedzieć, że koncert był „in a”, bo zaczął się Sonatą a-moll Ignacego Jana Paderewskiego, drugą część skrzypek rozpoczął solową II Sonatą a-moll Eugène’a Ysaÿe’a, a na finał była Sonata A-dur Césara Francka. Wyjątkiem była, wykonana jako druga, młodzieńcza Sonata na skrzypce i fortepian Krzysztofa Pendereckiego, dzieło jeszcze przedstudenckie (z 1953 r.), przez lata nieobecne w katalogu jego twórczości, ale od pewnego czasu przypominane i grane – to muzyka atonalna, trochę prokofiewowska, neoklasyczna.

Gra tego skrzypka jest bardzo wyrazista i intensywna, z szerokim oddechem i silnymi emocjami. Te emocje się przysłużyły sonacie Paderewskiego (choć może nie zawsze intonacji). Można było zrozumieć, dlaczego uważana była za pokrewną sonatom Griega – rzeczywiście coś z nich tam pobrzmiewa, choć np. drugi temat finału ma wyraźnie polski charakter. Także sonaty Francka świetnie mi się słuchało – jak nie przepadam za tym kompozytorem i jego melancholią, tak tym razem odpowiadała mi ta interpretacja „do przodu”. Może mało było takiego spokojnego liryzmu w III części, ale temperatura emocjonalna była wysoka. Także w Sonacie „Obsesji” Ysaÿe’a (Nizioł nagrał swego czasu piękną płytę ze wszystkimi sześcioma sonatami), której pierwsza część jest chyba pierwszym w historii postmodernistycznym kolażem: istotne elementy to fragmenty Preludium z Partity E-dur Bacha i temat średniowiecznej sekwencji Dies irae, która jest właśnie ową tytułową obsesją przenikającą wszystkie cztery części utworu.

Trochę się zdziwiłam, że recital odbył się w sali kameralnej (było więcej ludzi niż zwykle na koncertach kameralnych, ale też były wolne miejsca) – chyba to jest tak, że „nieobecni nie mają racji”, mało kto już pamięta o tej wygranej z 1991 r. Atmosfera była niemal rodzinna; po koncercie podeszła do estrady pani z publiczności i wręczyła skrzypkowi zamiast kwiatów drewniane pudełko, które przypominało takie na wino, ale okazało się, że w środku jest sztuczny kwiatek w formie świecącej lampki. Solista postawił go przed sobą i zagrali z pianistą Estrelitę Manuela Ponce’a – w sam raz pasowało. A po wyniesieniu kwiatka jeszcze był Wieniawskiego Polonez D-dur – zagrany chyba raczej jako żart, bo na konkursie tak przelatując przez biegniki szybko by odpadł. No, ale on już nic nie musi. W każdym razie bliskość Konkursu im. Wieniawskiego – jeszcze tylko dziewięć miesięcy – została zaznaczona.

Reklama