Oblicza melancholii

Wreszcie jest na streamingach nowa płyta Piotra Anderszewskiego Late Piano Works. Po koncertach, które słyszeliśmy, nie zaskakuje, że jest przepiękna.

W zacytowanym na stronie wydawcy krótkim słowie od pianisty czytamy: „Te późne dzieła Brahmsa są jak testament. Ale co ten tajemniczy człowiek nam tu objawia? A może raczej, co wciąż próbuje ukryć? Ukrywając to do samego końca, wzbudzając w nas nieodpartą chęć odgadnięcia, co to jest?” I takie właśnie odnoszę wrażenie przy słuchaniu: to próby odnalezienia, co się za tą melancholią kryje.

Najbardziej – jak dla mnie – ujmujące jest, że to są poszukiwania bez romantycznych ochów i achów, lecz ściszone, jakby niepozorne, naturalne. Objawiają się w wydobyciu jakiejś linii, jakiegoś akcentu, półtonów, półcieni. Już pierwsze Intermezzo h-moll op. 119 nr 1 rozpoczyna się jakby powolnym rozsypywaniem dźwięków. Gra z tempem bardzo dyskretna, zwolnienia i przyspieszenia delikatne, ale właśnie w tych półtonach i niuansach kryje się wszystko. No właśnie, co się kryje? Słowami nie można raczej tego opisać. Ale interpretacją muzyki tak.

Nastroje bardzo różne, bywają pogodne (Intermezzo C-dur op. 119 nr 3), łagodne z nutą melancholii (Intermezza A-dur op. 118 nr 2 czy Es-dur), bywają bolesne (burzliwie jak w Intermezzu a-moll op. 118 nr 1 czy Capricciu g-moll op. 116 nr 3, cichutko jak w Intermezzu a-moll op. 116 nr 2 czy tych najsmutniejszych: cis-moll, b-moll i es-moll), bywają też oniryczne (Intermezzo E-dur op. 116 nr 4).

To jest ten sam wybór i w tej samej kolejności, którą PA prezentował na ostatnich koncertach. Nie są to wszystkie miniatury z tych trzech opusów. Kolejność też jest tu znacząca, dobrana tonacjami i nastrojami, przełamująca założenia kompozytora, bo jakieś zapewne w swoim ułożeniu miał. Dla mnie zawsze było jakby pewnym irracjonalnym pokrzepieniem, że ostatnią z tych miniatur jest energiczna Rapsodia Es-dur op. 119 nr 4, więc coś na kształt jakiegoś zwycięstwa nad melancholią. I ona też jest na tej płycie, z odpowiednią dawką energii, ale nie na koniec – po niej są owe dwa najsmutniejsze, pełne rezygnacji intermezza (b-moll i es-moll). Jakby pianista chciał nam powiedzieć: nie ma happy endów, to jest złudne. I to też jest racja.

Reklama