Tosca „po bożemu”
Bardzo ciepło, długimi owacjami przyjęła krakowska publiczność premierę Toski w reżyserii Julii Pevzner.
Ciekawe, że w większości rozmów, jakie odbyłam, dominowała ulga, że wreszcie spektakl bez udziwnień, bezpośrednio po prostu opowiadający tragiczną historię. I ja się zgodzę ze zdaniem dyrektora Piotra Sułkowskiego, że owszem, można wystawiać Toskę uwspółcześnioną, jak się ma na to sensowny i spójny pomysł, a jeśli nie, to lepiej trzymać się oryginału. Osobiście rozszerzam to zdanie na wszystkie dzieła operowe – nieraz tu zresztą dawałam temu zdaniu wyraz.
Reżyserka Julia Pevzner ma w swoim bogatym dorobku inscenizacyjnym – w rodzinnej Rosji z teatrem Bolszoj na czele, w wielu amerykańskich teatrach oraz w Operze Izraela – bardzo zróżnicowane pozycje, w tym wiele oper współczesnych (głównie kompozytorów izraelskich), więc z pewnością współczesne spojrzenie nie jest jej obce, jednak i ona jak widać uznała, że przy Tosce lepiej za bardzo nie majstrować. To samo dotyczy dekoracji – realistycznych, ale sprytnie pomyślanych przez Alexandra Lisiyansky’ego (podobnie jak reżyserka urodził się w Rosji i wyemigrował do Izraela), który niestety premiery nie doczekał – zmarł parę dni temu, a realizatorzy poświęcili spektakl jego pamięci. Wizję uzupełniają kostiumy Doroty Roqueplo, która w szczególnie urodziwy sposób ubrała bohaterkę tytułową, poprzez ogniste kolory podkreślając jej charakter.
Za pulpitem dyrygenckim stanął nasz dobry znajomy Andriy Yurkevych i choć w orkiestrze słyszalne były niedociągnięcia intonacyjne i trochę brakło śpiewności, tak u Pucciniego ważnej, to całość miała tempo i emocje, do czego też oczywiście przyczynili się śpiewacy (a także chóry – dorosły i dziecięcy). Na czele bohaterka tytułowa – pochodząca z Mołdawii Olga Busuioc, bardzo pasująca do roli urodą i temperamentem. Temperaturę podnosił też Krzysztof Szumański jako Scarpia już od pierwszego, władczego wyjścia na scenę – nie od dziś aktorstwo jest jego mocną stroną. Trochę rozczarował tym razem Dominik Sutowicz jako Cavaradossi, któremu głos bardzo się rozwibrował; chwilami śpiewał wręcz siłowo. Szczególne oklaski należą się najmłodszemu soliście, Gabrielowi Golikowi, który zaśpiewał piosenkę Pastuszka z III aktu – wcale nie jest tak łatwo wykonać ją czysto.
PS. Oczywiście nie obeszło się bez obrzydliwej antysemickiej demonstracji (jeśli ktoś ma wątpliwości, czym takie akcje są, polecam w najnowszym numerze „Polityki” znakomity artykuł Rafała Kalukina, chyba pierwszy uczciwy na ten temat w polskiej prasie). Na szczęście tym razem bez ekscesów; policja, choć obecna, nie musiała interweniować.
Komentarze
Michael Tilson Thomas, RIP.
Kibicowalem mu od lat bo od wspolnych znajomych wiedzialem, ze byl typem dyrygenta jak najdalszym od kanonu dyktatora w rodzaju np. Fritza Reinera.
Nota bene, dziadkowie Zmarlego pisali sie Tomashefsky i stad skrocone nazwisko.
Wspomnieliśmy o tym pod poprzednim wpisem…
Sorry, nie doczytalem do konca komentarzy, bo znuzyla mnie dluga dyskusja na kanwie Falstaffa o tym, czym ten blog jest, a czym powinien byc.
A propos „Toski”. 3 dni temu ktoś na You Tube zamieścił jedną z pierwszych transmisji radiowych w stereo, którą w 1975 roku przeprowadziła Metropolitan Opera. „Tosca” z Teresą Żylis Garą i Carlo Bergonzim. Bardzo dobra jakość dzwięku a Tosca Żylis-Gary chyba nigdy pozniej nie brzmiała tak wspaniale i nie była tak głęboka interpretacyjnie.
Tosca jest przecież dziewczyną z gminu, która maniery i światowe obycie nabrała dzięki temu, że została artystką sceny. Żylis Gara pięknie ukazuje tę ewolucję: w I akcie dziewczęco zalotna a w II już mamy szybko dojrzewającą dzięki okolicznościom kobietę. „Vissi d’arte” śpiewa tak, że czas się zatrzymuje. Bardzo gorąco polecam. Jak się wpisze w przeglądarkę You Tube – „Tosca. Zylis Gara” to od razu wyskakuje.
Żylis-Gara była wielką artystką. Ale na taką ewolucję bohaterka raczej mało ma czasu – wszystko dzieje się przecież w ciągu praktycznie jednego dnia. Tosca w I akcie jest zalotna (i zazdrosna), ale jest już też gwiazdą znającą swoją wartość. Z bycia dziewczyną z gminu pozostała jej już tylko szczera wiara. To, co dzieje się przez ten jeden dzień, sprawia, że upadają jej wszystkie wartości – choć jest osobą z natury dobrą i łagodną, podejmuje szybką decyzję o zabójstwie i nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia. To nie ewolucja, lecz przewrót, który musi skończyć się tragicznie.