Opera dla basa

To, że Don Quichotte Julesa Masseneta pojawił się właśnie w Operze Wrocławskiej, jest zasługą Rafała Siwka, któremu zamarzyła się ta rola, i Patricka Fournilliera, który jest specjalistą od twórczości tego kompozytora.

Co więcej, był nawet swego czasu dyrektorem artystycznym Festiwalu Masseneta w Saint-Etienne, miejscu urodzenia kompozytora. Było więc oczywiste, że to on poprowadzi wrocławską premierę; był to jego debiut w tym teatrze.

Zwykle role amantów śpiewają tenory, ale Don Quichotte (przyjmę operową pisownię) nie jest przecież zwyczajnym amantem. Jest starszym, szalonym panem, który aspiruje do wielkich spraw i kocha się w kobiecie, którą idealizuje, a która nie jest tego warta. W operze, której libretto nie ma za podstawy powieści Cervantesa, lecz dramat Jacquesa Le Lorraine’a Le Chevalier de la longue figure, Dulcynea nie jest prostą służącą, lecz efektowną kurtyzaną, która ma też innych adoratorów, ale nikt nie traktuje jej serio. Tym bardziej nikt nie traktuje serio samego bohatera.

Marek Weiss, który spektakl wyreżyserował, umieścił akcję w domu wariatów; już któryś raz użył tego chwytu. Początkowo nawet odnosi się wrażenie, że jest to dom starców – niektórzy pensjonariusze są wożeni na wózkach przez pielęgniarzy w szpitalnych zielonych fartuchach. Don Quichotte też wjeżdża na wózku prowadzony przez Sancho Pansę, który też ma garnitur w tym kolorze. Później różnie bywa, wstaje, chodzi, nawet biega (za wiatrakami), ale Sancho wciąż towarzyszy mu jako troskliwy pielęgniarz.

Nie wiedziałam, że rola tytułowa została napisana ni mniej. ni więcej, tylko dla Fiodora Szaliapina i że była jedną z jego ulubionych – jak wiadomo, miał on nie tylko wspaniały bas, lecz był też uzdolniony aktorsko. Ta postać go rozczulała i starał się to rozczulenie spowodować u publiczności. Błędny rycerz jest tu idealizowany, przedstawiony jako dobroczyńca i w ogóle człowiek może naiwny, ale prawdziwie szlachetny. Dulcynea, choć go odrzuca, jednak nie z pogardy, lecz dlatego, że nie czuje się go godna – okazuje mu szacunek. Wymowa więc tego dzieła jest całkowicie odmienna od tej Cervantesa: kibicujemy bohaterowi, jesteśmy po jego stronie, a na koniec nawet się wzruszamy.

Rafał Siwek rzeczywiście zdominował ten spektakl, ale nie mogło być inaczej. Natomiast wzruszał także Grzegorz Szostak jako Sancho, przywiązany serdecznie do swego pana. Trochę posągowa, o pięknym głosie Justyna Rapacz była Dulcyneą. Ciekawostka: podobnie jak w Kobiecie bez cienia, solo wiolonczelowe wykonał Tomasz Strahl (rektor UMFC); tu gra nawet przez chwilę rolę bardziej znaczącą: po zagraniu swojego wstaje i wychodzi, przyzywając bohatera, jakby był Śmiercią – ale Sancho jeszcze go na chwilę zatrzymuje.

Ciekawe są rozwiązania sceniczne, zwłaszcza scenografia multimedialna Karoliny Jacewicz, nawiązująca do wielkiego malarstwa (Wieża Babel Bruegela, rysunki Goyi), ale nie tylko – pokazuje też wiatraki, z którymi walczy Don Quichotte, ale nie tradycyjne, lecz współczesne, które w swej masie rzeczywiście mogą przerażać. Nie brak też ciekawej choreografii, jak zwykle w realizacjach Marka Weissa przygotowanej przez jego żonę Izadorę. Spektakl w sumie wart obejrzenia i wysłuchania, zwłaszcza że rzadko mamy okazję posłuchać późnego Masseneta, który jest jednak inny niż ten z czasów Manon czy Werthera.

Reklama