Anielskie skrzypce
Leila Josefowicz po raz pierwszy była w Warszawie pod koniec lat 90., jako młodziutka, niezwykle utalentowana dziewczyna. Dziś jest dojrzałym muzykiem, ale już wtedy był w jej grze niebiański spokój i naturalność.
Odwiedziła w tamtych czasach Polskę całą seria młodziutkich skrzypaczek – także Hilary Hahn, rozsądna i dojrzała ponad wiek, i Vanessa-Mae, której kariera niedługo się skończyła. Leila Josefowicz dziś wyróżnia się predylekcją do wykonywania muzyki współczesnej, ale także dwudziestowiecznej. Ostatnio występuje z kilkoma koncertami na przemian: Johna Adamsa, Esy-Pekki Salonena, Olivera Knussena (napisanych specjalnie dla niej), ale i II Koncertem Szymanowskiego (a na koncertach kameralnych grywa Mity), a także Albana Berga, który wybrała na Warszawę. Może szkoda, że nie Szymanowskiego, a może właśnie dobrze – Koncert „Pamięci Anioła” jest piękny, a rzadko w Polsce grywany, w FN po raz ostatni w 2006 r. (z Isabelle van Keulen). Za parę miesięcy na Festiwalu Kultura Natura będzie można sobie porównać z tym wykonaniem interpretację Arabelli Steinbacher.
Dzieło Berga jest przykładem, że i w utwór dodekafoniczny można włożyć wiele emocji, oczywiście traktując tę dodekafonię nie całkiem ortodoksyjnie. Dlatego też Berg był uznawany za najbardziej przystępnego z tzw. nowej szkoły wiedeńskiej. Niestety ten koncert okazał się ostatnim ukończonym utworem Berga – zmarł przedwcześnie, z zupełnie idiotycznej przyczyny. Ale utwór związany jest z inną śmiercią – młodziutkiej Manon Gropius, córki Almy Mahler i Waltera Gropiusa, lubianej przez wszystkich. Biedna dziewczyna męczyła się rok z polio, na które wówczas nie było lekarstwa. Elias Canetti w Grze oczu (jednej z części autobiograficznego cyklu) pisał o niej, że jej niewinność bardziej rzucała się w oczy niż jej uroda. Ta niewinność była u źródła tonu przybranego przez kompozytora. Leila Josefowicz pięknie ją oddała. A na bis zagrała trzecią, wolną część z Sonaty C-dur Bacha i to była zupełnie inna uroda muzykowania, naturalna ekspresja. Niedawno tym samym utworem bisował tu Hadelich i to było zupełnie inne granie, choć łączyła je właśnie naturalność, bezpośredniość.
Koncertem dyrygował młody łotewski kapelmistrz Aivis Greters – nie od dziś modni są dyrygenci z krajów bałtyckich. Na początek orkiestra zagrała utwór Ausma 26-letniego łotewskiego kompozytora Aleksandrsa Avramecsa. To słowo oznacza wschód słońca (ujęła mnie podana przez kompozytora historia, że wymyślił je łotewski poeta Rainis niecałe 150 lat temu). To prawdziwe malarstwo muzyczne, szybkie wyjście z mroku (efektowne te zmiany na początku) i opowieść z udziałem przestrzeni (solo trąbki z zewnątrz sali). Autor był obecny i został ciepło przyjęty.
Na koniec zaś była VI Symfonia Dvořáka – dzieło z akcentami czeskimi w III i IV części, ale ogólnie jeszcze duchem z Brahmsa, a nawet z Beethovena. To dobry sprawdzian dla orkiestry i widać, że dobrze jej robi praca z różnymi, ale ogólnie na poziomie dyrygentami.