Prawdziwy maestro

Dziś w FN był prawdziwy koncert na orkiestrę. Bez solistów, za to z legendarnym Leonardem Slatkinem, na którego kiedyś tu wybrzydzałam, ale dziś bardzo mnie zaskoczył na plus.

Wyglądał tak samo: jak urzędnik, teraz już emerytowany i sprzed pół wieku – do garnituru założył barwny krawat. Ale dziś w jego dyrygowaniu nie było nic urzędniczego. Zapewne Copland i Rachmaninow bardziej mu leży niż Beethoven i Brahms.

No i zaczął też od samego siebie: poprowadził pierwsze w Polsce wykonanie swojego utworu Schubertiade. An Orchestral Fantasy, który napisał dwa lata temu, czyli jako 80-latek. Zamówiła go orkiestra z Hiroshimy na koncert, którym miał dyrygować akurat w dzień urodzin Schuberta. W związku z tym Schubert stał się głównym bohaterem tego kilkunastominutowego utworu. Założeniem jest wyobrażenie sobie, jak schubertiada mogłaby brzmieć dziś. Każda z trzech części rozpoczyna się cytatem z fortepianowych utworów – Sonaty B-dur D 960 (która wybrzmiewa również pod koniec) i Impromptu B-dur D 945 – symbolizują kompozytora oczekującego na gości. Fortepian stał na zewnątrz sali (grał orkiestrowy pianista Grzegorz Gorczyca), a orkiestra przerywała mu bardziej lub mniej głośno, w stylu repetitive music, z cytatami z różnych innych utworów: Kwintetu C-dur, Pstrąga, Niedokończonej… Miało to swój wdzięk.

Suita z baletu Appalachian Spring Aarona Coplanda była przez Orkiestrę FN wykonana po raz poprzedni… w 1980 r. Trudno uwierzyć, bo przecież to prawdziwy hit, jasny, pogodny, prawdziwie wiosenny, dość łatwy w odbiorze. W treści baletu, napisanego dla Marthy Graham, jest co prawda mowa o wojnie, ale mimochodem. Z założenia muzyka jest diatoniczna, łagodnie brzmiąca i bardzo amerykańska; jednym z głównych tematów jest pieśń shakerów Simple Gifts. Pięknie to wszystko zabrzmiało.

Rachmaninow, jak widać, jest nam dużo bliższy, bo II Symfonia poprzedni raz została tu wykonana… w lutym 2022 r., czyli jakoś przed samą wojną (nie byłam na tym koncercie). Wojna trwa, a do Rachmaninowa wróciliśmy. I to był prawdziwy popis zarówno orkiestry, jak dyrygenta, który zresztą prowadził utwór z pamięci. Bardzo precyzyjnie i skutecznie. W częściach szybkich, drugiej i czwartej, było mnóstwo wręcz piorunującej energii, w wolniejszych – śpiewności (trzecia część to istny Hollywood, jakieś love story), a całość była tak efektowna, że natychmiast zerwano się do stojaka. Dyrygent pierwsze, co zrobił, ukłonił się orkiestrze i bił jej brawo, orkiestra wzajemnie zgotowała mu owację zupełnie wyjątkową. Bardzo się cieszę, że ma możność grania z wybitnymi dyrygentami i słychać, jak się dzięki temu rozwija. Coraz bardziej jej się chce grać, a nam coraz bardziej słuchać.

Reklama