Żywioł
Koncert z okazji 70-lecia pracy artystycznej Jerzego Maksymiuka – tak dzisiejszy wieczór nazywano oficjalnie, choć wiadomo, że dziś są też kolejne okrągłe urodziny Maestra.
On jednak nie chciał, by je podkreślano. Co prawda trudno powiedzieć, czego to jest 70-lecie – chyba rozpoczęcia studiów. Kolejno studiował kompozycję, fortepian i dyrygenturę. Rozdarty między tymi trzema dziedzinami, sławę zdobył jednak w tej ostatniej.
Uroczysty wieczór celebrowały zespoły Filharmonii Narodowej oraz Sinfonia Varsovia. Pierwszą częścią dyrygował sam Maestro i powiem szczerze, że była to największa atrakcja. Nie obeszło się bez jego charakterystycznych żywiołowych przemów, jednak najważniejsza była muzyka. Z SV – trzy ostatnie części suity z Ognistego ptaka: rozpoczęcie po hitchockowsku Tańcem Kościeja, uspokojenie w Kołysance i triumfalny Finał. Pięknie zrobione kontrasty, trochę było przez chwilę kłopotu z rytmem w dętych, ale szybko się wyprostowało. Z Orkiestrą FN – finał I Symfonii Sibeliusa i można było dać się wciągnąć wielkim emocjom, jakie dyrygent wydobył z orkiestry – naprawdę to było imponujące. Energii, którą nam przekazał, mógłby mu pozazdrościć ktoś kilka razy młodszy.
A potem zespoły grały i śpiewały na cześć Maestra: najpierw piękne Trois chansons Ravela w wykonaniu Chóru FN pod batutą Bartosza Michałowskiego, a potem dołączyli przedstawiciele obu orkiestr i pod batutą Krzysztofa Urbańskiego (pierwszy raz widziałam, żeby dyrygował z nut) zabrzmiał Exodus Kilara. Nie jestem miłośniczką tego utworu i jego dyskusyjnego efekciarstwa, ale na taki uroczysty wieczór mogło być. Poza tym było to podprowadzenie do Sto lat, które sam dyrektor FN opracował dowcipnie bazując na polonezie z Pana Tadeusza Kilara.
Braw i kwiatów było co niemiara, po koncercie kto żyw chciał uściskać Jubilata, a ja przy okazji się wzruszyłam spotykając wielu znajomych z dawnych czasów, m.in. kolegów, którzy grali jeszcze w Polskiej Orkiestrze Kameralnej.
Wczoraj z kolei zorganizowano w sali kameralnej FN pokaz przesympatycznego filmu dokumentalnego Maksymiuk. Koncert na dwoje (2018), który co prawda każdy może obejrzeć na TVP VOD, ale jednak na dużym ekranie lepiej się oglądało, a ponadto było spotkanie z twórcami, którzy opowiadali, jak chodzili za bohaterem przez pięć lat, a później montaż trwał ponad rok. Każde z nich wspomniało o swoim ulubionym momencie filmu: Maria Nockowska o tym, jak Ewa, żona dyrygenta, strofuje męża: Patrz na mnie, jak do mnie mówisz, nie na kamerę, ja jestem twoją kamerą! – a Tomasz Drozdowicz o zabawnej faktycznie scenie u krawcowej. Ja chyba najbardziej lubię moment spotkania dyrygenta z dawnymi członkami BBC Scottish Symphony, którzy rozmawiają, a potem razem śpiewają. Urocze to jest. A jeden z muzyków mówi: Maksymiuk był jedynym dyrygentem, z którym pracowaliśmy, który nigdy się nie pomylił. Chętnie wierzę.
Polecam jeszcze mój tekst sprzed 10 lat, który nie stracił w ogóle na aktualności.