Pożegnanie z Markiem Janowskim

Na przestrzeni ośmiu lat wielki dyrygent dawał coroczne koncerty z Sinfonią Varsovią – to była jedyna polska orkiestra, z którą pracował (jeszcze tylko w 2023 r. poprowadził Operę Bałtycką w sopockim Holendrze). Dzisiejszy ich wspólny występ – jak zadecydował – był ostatni.

Nie ostatni w ogóle – zapowiadane są jego koncerty pod koniec maja w Nowym Jorku i w listopadzie w Chicago, będzie też najpewniej koncertował jeszcze w Niemczech, ale pomału zamierza już wygasać karierę – ma w końcu ukończonych 87 lat. Choć wciąż jest w świetnej formie i dyryguje z pamięci.

Jak wspaniałym jest muzykiem, mogliśmy znów się przekonać patrząc na to, co udało mu się zrobić z tą orkiestrą. Przez te lata grała pod jego batutą coraz lepiej, a w tej chwili to już zupełne przeciwieństwo tego, co było na pierwszym ich wspólnym występie. Wtedy np. narzekaliśmy na waltornie, dziś duży komplet blachy potrzebny do wykonania Uwertury i Bachanalii z Tannhäusera Wagnera oraz VII Symfonii Brucknera był jednym z najjaśniejszych punktów wykonania. Choć właściwie nie można powiedzieć, że były jakieś słabe. Te kilka lat z wizytami Janowskiego to była wspaniała, niezwykle cenna sprawa dla zespołu. Niewiele już jest takich legend, autorytetów, które mogą tyle dać, tyle nauczyć. Owszem, rosną kolejne pokolenia, ale tacy dyrygenci jak on to wielkie doświadczenie ludzi żyjących w różnych epokach, mających niezwykle bogaty background.

Początek hitchcockowski, czyli wagnerowski – potęga Uwertury i fajerwerk Bachanalii. A VII Symfonia Brucknera (to ta, przy której Skrowaczewski we wczesnej młodości usłyszawszy II część dostał gorączki) sprawiała wrażenie niezwykle energetycznej (te crescenda, zwłaszcza na zakończenie I i III części!), no i wyjątkowo zwięzłej jak na tego kompozytora – Janowski poprowadził ją szybciej, trwała chyba koło godziny; w innych wykonaniach może trwać nawet godzinę i dwadzieścia minut. W przerwie trochę sobie powybrzydzaliśmy ze znajomkami, w tym z pianofilem, który jest jeszcze większym antybrucknerowcem niż ja, ale i on, widziałam, bo siedział za mną, natychmiast zerwał się do stojaka, jak wszyscy na sali – choć trzeba było odczekać z wstrzymanym oddechem, aż zastygła w ruchu orkiestra i maestro nie opuszczą rąk. Tak wspaniale utrzymywali napięcie po zakończeniu każdej części.

PS. Szkoda żegnać takiego maestra, tym bardziej, że jego wiek wydaje się młodzieńczy w porównaniu z Herbertem Blomstedtem, który właśnie dyrygował tą samą symfonią Brucknera w Filharmonii Berlińskiej. Było tam trochę znajomych, m.in. Jakób, który pokazał mi na zdjęciu, jak Blomstedt dyryguje siedząc na stołku (a na scenę wjeżdża na wózku), ale poza tym wciąż jest dziarski – a ma 98 lat! Zawód dyrygenta jak widać bardzo konserwuje.

Reklama