Finał sezonu na dziko

W programie koncertu symfonicznego zamykającego sezon 2005/6 bardzo ciekawie zestawione były utwory. Każdy inny, ale łączył je mniejszy czy większy pierwiastek dzikości.

Krzysztof Urbański zapowiadał – i napisał też, że zabiera nas tym koncertem w podróż sentymentalną. Było to bowiem nawiązanie do pewnego koncertu z 2008 r., na którym – będąc asystentem ówczesnego szefa Antoniego Wita – musiał zastąpić chorego Kazimierza Korda. Solistą był wówczas Garrick Ohlsson, który grał II Koncert Brahmsa, a w drugiej części było Święto wiosny Strawińskiego, które młody dyrygent poprowadził z pamięci – co zrobiło, pamiętam, duże wrażenie. Jako że wówczas już prowadziłam ten blog, odnalazłam odnośny wpis, w którym jest głównie o Ohlssonie, ale o drugiej części koncertu też skreśliłam parę słów w komentarzu. Wyjaśniam, że wtedy, w początkach blogowania, miałam inną metodę pisania wpisów: nie były to recenzje, jak dziś, tylko wyciąganie ciekawych pojedynczych tematów przy jakiejś muzycznej okazji; tym razem były to anegdoty, które pianista opowiedział w radiu.

Dziś więc był też Ohlsson, było Święto wiosny, ale na wstępie coś niezwykle oryginalnego. Veljo Tormis (1930-2017) był jednym z najwybitniejszych kompozytorów estońskich, mistrzem chóralistyki. Jeden z jego najsłynniejszych utworów to Raua needmine, czyli Klątwa na żelazo – tekst wywodzi się z eposu Kalevala, wspólnego dla Estonii i Finlandii (legendarny Kalev, przypomnę, pochodził z Estonii), ale został uzupełniony przez współczesnych poetów i jest właściwie wielkim krzykiem przeciwko wojnie i przemocy. Przeznaczony jest dla chóru mieszanego, solistów tenora i basa oraz bębna szamańskiego. Zamiast takiego bębna było kilka orkiestrowych wielkich bębnów, ale i tak jest to muzyka szamańska, składa się z zaklęć, powtórzeń, transu, melodyczność ograniczona do minimum. Zresztą można tego posłuchać tutaj i przy okazji zobaczyć, jak to z tym bębnem szamańskim powinno się dziać – dyrygentem jest tu najwybitniejszy chyba estoński chórmistrz. Ale i warszawskie wykonanie zrobiło wrażenie.

Ohlsson tym razem grał IV Symfonię „Koncertującą” Szymanowskiego. Ciekawe: wówczas 18 lat temu jego Brahms wydał mi się dość suchy, antyromantyczny, a teraz podobnie odebrałam Szymanowskiego. Prawie 9 lat temu zamykał tym utworem Chopieje i wtedy jego interpretacja bardzo mi się podobała. Dziś w jego grze była pewna lekkość (co bardzo sprawdziło się na początku), ale emocje zaczęły się dopiero gdy w drugiej części koncertmistrz (Krzysztof Bąkowski) zagrał swoje solo. Jednak partia pianistyczna była zagrana misternie i koronkowo. Finałowy oberek – i tu wspólność z pozostałymi punktami programu – miał w sobie jednak pierwiastek dzikości. I na bis piękny Chopin –Nokturn Fis-dur. Podobno to było pożegnanie pianisty z Warszawą: jak twierdzi Krzysztof Urbański, chciałby on już wygaszać swoją karierę międzykontynentalną. Można zrozumieć, ale jednak smutno by było.

I na koniec utwór-uosobienie dzikości. 18 lat temu nie miałam litości: „…Święto wiosny, którym [Krzysztof Urbański] dyrygował w drugiej części, to nie utwór dla tej orkiestry. Każdy instrumentalista powinien tu być wirtuozem (nie mówiąc o posiadaniu przyzwoitego instrumentu), a jednocześnie orkiestra powinna czuć się zespołem”. No cóż, i dziś było wiele, zbyt wiele potknięć, czasem tempa były zbyt szybkie (np. w Tańcu Ziemi) i orkiestra z trudem się wyrabiała; ale np. w finałowym Tańcu ofiarnym Wybranej tempo było nieco wolniejsze, powodujące pewną ociężałość, adekwatną w tym momencie – tańcząca jest już śmiertelnie zmęczona i swoim miotaniem się zamęcza się na śmierć. Jeśli chodzi o samego dyrygenta, uprawiał dość efektowny taniec na podium (migały czerwone podeszwy od Louboutina), ale napięcie było. I stojak na koniec też.

Reklama