Teatr króla Władysława
Dopiero wczoraj – choć trwa już od 2 maja – trafiłam na piękną wystawę Wielka gra – opera Władysława IV na Zamku Królewskim, poświęconą początkom opery w Polsce. Można ją oglądać do 19 lipca.
Opery wystawiane na warszawskim dworze od dawna leżały w sferze legendy: o ich odnalezieniu i wystawieniu marzył zawsze twórca Warszawskiej Opery Kameralnej Stefan Sutkowski, który nawet próbował szukać ich w Szwecji. Niestety niczego nie znalazł. Zachowały się niektóre libretta, często w formie skróconej lub w tłumaczeniu na polski, ale muzyka nie. Udało się tylko wystawić La liberazione di Ruggiero dall’isola d’Alcina Franceski Caccini (Władysław zobaczył tę pierwszą napisaną przez kobietę operę we Florencji), Il Sant’Alessio Stefana Landiego, którą pokazano w Rzymie przyrodniemu bratu Władysława IV, oraz Satiro e Corisca Tarquinia Meruli, dzieło napisane w Warszawie, ale wydane już we Włoszech, po powrocie kompozytora do rodzinnego kraju.
Władysław IV był postacią niezwykłą. Tak jak jego ojciec Zygmunt III Waza, miał uzdolnienia plastyczne i muzyczne, a także zainteresowania naukowe. O ile jednak ojciec w dziedzinie muzyki preferował instrumentalną (choć kilka spektakli wystawiono w Warszawie na różne uroczystości), to Władysław stał się wielkim entuzjastą dopiero rozwijającego się gatunku opery.
Byłam wczoraj na spotkaniu z okazji wydania książki, pełniącej też rolę katalogu wystawy – z szeregiem tekstów opowiadających o tym, co działo się na warszawskim dworze i ile o tym wiemy. A są to sprawy pasjonujące. Godzina minęła błyskawicznie, a i książka bardzo wciąga. Jeśli chodzi o Władysława IV, szczególnie ważnym wątkiem są jego podróże praktycznie po całej Europie; częściowo podróżował incognito, ale nie tylko – miał już 30 lat i szła za nim sława zwycięzcy spod Chocimia, a tym samym obrońcy religii. No i był wymarzoną partią (wojując nie miał kiedy się ożenić). Nic dziwnego, że podejmowano go rzeczywiście po królewsku, w czym mieściły się spektakle najmodniejszego teatru muzycznego. Władysław tak zagustował w nim, że założył pierwszy profesjonalny teatr operowy na warszawskim zamku. Włączyły się w teatr również (w przerwach między rodzeniem dzieci) obie żony, najpierw Cecylia Renata, później Ludwika Maria Gonzaga. Ciotki Habsburżanki (matka wcześnie odumarła królewicza) również bardzo wspierały operową pasję Władysława.
Polska była wówczas pod tym względem w czołówce Europy. Trwało to co prawda tylko do śmierci króla; jego następca, przyrodni młodszy brat Jan Kazimierz, nie interesował się już operą. Ale te kilkanaście lat panowania Władysława to był prawdziwy rozkwit. Dominowali oczywiście muzycy sprowadzani z Włoch, zarówno instrumentaliści, jak kompozytorzy, ale również wielu muzyków polskich znalazło się w składach kapel zarówno w Warszawie, jak w Krakowie. Władysław chciał mieć u siebie to, co najlepsze, próbował sprowadzać włoskie śpiewaczki i kastratów, a także kompozytorów – jak wspomniałam, udało mu się sprowadzić tak wybitnego twórcę jak Tarquinio Merula; nie udało się to z samym Claudiem Monteverdim, z którym zetknął się w Wenecji. Ciekawostka: na wystawie jest najbardziej znany portret Monteverdiego autorstwa Bernarda Strozziego, który został wypożyczony z… Muzeum Tyrolu w Innsbrucku. Nie spodziewałabym się, że to tam się on znajduje; zwiedzałam je kiedyś, ale fascynowała mnie wtedy przede wszystkim tyrolska sztuka ludowa, dzięki której wiele zrozumiałam z dawnej tamtejszej (i w ogóle austriackiej) mentalności.
Wystawę zwiedziłam w istnym tłumie, który zgłosił się na oprowadzanie kuratorskie przez dr Jacka Żukowskiego. Co można tam obejrzeć? Oczywiście eksponaty takie jak wspomniane libretta i streszczenia, w kącie skromnie sobie leży Gościniec abo opisanie Warszawy Adama Jarzębskiego, są obrazy, rekwizyty (oczywiście domniemane, nie autentyczne), instrumenty muzyczne, ale też model sceny, na którą można wejść, sprawdzić, jak funkcjonują dekoracje i poudawać za pomocą specjalnej maszynerii burzę czy deszcz. A do tego poczytać informacje wypisane na ścianach i/albo teksty z katalogu. W sumie: bardzo warto.