Verto – warto!

Tym razem to już było prawdziwe zakończenie sezonu w Filharmonii Narodowej – poza koncertami dyplomantów. A także zakończenie cyklu Scena Muzyki Polskiej (ciąg dalszy w przyszłym sezonie).

Niedawno wybrzydzałam tu trochę na parę triów fortepianowych, w tym Genesis Piano Trio. Przypadek Tria Verto jest zupełnie inny. Cała trójka to wybitni kameraliści, grywający też solo, a skrzypaczka i wiolonczelista ponadto grają w tej samej orkiestrze (SV). „Pożenił” ich Maciej Grzybowski i festiwal Trzy-Czte-Ry – tam wystąpili w tym składzie po raz pierwszy w 2022 r. Od tej pory odnieśli już wiele wspólnych sukcesów; jest między nimi prawdziwa chemia.

Szczególnie zaskoczyło mnie wyczucie Radosława Kurka, który potrafił dać dźwiękowi właściwe proporcje: nie wybijał się, ale też nie chował się „po akompaniatorsku”. Więc można grać w tej sali nie rąbiąc, ale być przy tym naturalnym. A w dzisiejszym repertuarze bardzo to było potrzebne. Publiczności było dziś dużo mniej niż na Genesis Piano Trio – i bardzo szkoda.

Na początek Trio g-moll Emanuela Kani (1827-1887). Szczerze mówiąc, nie znałam wcześniej tego kompozytora, pianisty i pedagoga, związanego z Warszawą i zupełnie dziś zapomnianego – jak widać niesłusznie, bo to muzyka w dobrym gatunku, choć może nie bardzo oryginalna: klasycyzujący romantyzm, coś jakby z Mendelssohna, słychać też cienie Beethovena, w którego roku śmierci się urodził. Jakość utworu podkreślało prawdziwie ujmujące wykonanie, również klasycyzujące: pozbawione romantycznych ochów i achów, ale nie wyrazistości i emocji.

Trio notturno op. 6 Andrzeja Czajkowskiego to jeden z późniejszych utworów tego wybitnego pianisty i kompozytora zarazem, a właściwie w tym czasie już tylko kompozytora; skupiony i nawet nie tyle nokturnowy, co pełen mroku. Zupełnie inny mrok czai się w Triu fortepianowym op. 24 Mieczysława Wajnberga: dużo tu intensywności, ale są też momenty namysłu, refleksji, wycofania, a nawet zagadkowej obojętności (np. na początku finału). Kulminacje wręcz rozgrzewają do białości, a ta w połowie finału zawiera w sobie… pierwszy temat II Tria e-moll Szostakowicza, wcześniejszego o rok. Niemało mają ze sobą wspólnego te dwa utwory, a jednak różnic jest jeszcze więcej. Po tym niesamowitym utworze, w którym muzycy dali z siebie wszystko, nawet nie można było domagać się bisu – nie pasowałoby, i publiczność to zrozumiała.

Reklama