Miłość wśród hejtu

Już za nami ostatnia premiera w sezonie w Operze Narodowej. W Romeo i Julii Gounoda Barbara Wysocka przenosi jak zwykle akcję w bardziej współczesne czasy.

Kolejny raz reżyserka ze swoją stałą scenografką Barbarą Hanicką budują akcję wokół dużej konstrukcji. Tym razem są to gigantyczne ruchome ściany w stylu architektury faszystowskiej, uproszczonej, monumentalnej i zimnej (przy tym stroje są współczesne, wręcz banalne). To poniekąd symbol muru, o który rozbija się miłość Romea i Julii. Nagły wybuch uczuć i dramat rozgrywający się dosłownie w parę dni w ogóle do tego kontekstu nie pasuje (zresztą podobnie jak słodka muzyka Gounoda) – i tak ma być, Barbara Wysocka zwykle dokładnie wie, o co jej chodzi.

Kłopot w tym, że zanim się emocje rozkręcą, ze sceny wieje chłodem. Wprowadzający chór w wykonaniu śpiewaków w nieforemnych paltotach jest doskonale obojętny, choć chciałoby się trochę emfazy. Scena balu również jest kompletnie bezosobowa. W tym kontekście biedna solistka grająca Julię, młoda Ormianka Nina Minasyan, musiała się strasznie stremować, bo weszła z falstartem. Ale z czasem się odblokowała i w dalszych scenach stała się ujmująca. Romeo – pochodzący z kolei z Uzbekistanu Bekhzod Davronov – miał od początku więcej energii, a z czasem także dawał z siebie coraz więcej. Ale dopiero od sceny pojedynku zaczęło naprawdę gęsto się dziać.

Opera Gounoda z oczywistych względów jest płytsza i bardziej jednowymiarowa niż sztuka Szekspira (z której cytaty co i raz wyświetlane są na murach – trochę pretensjonalny to zabieg), ale przecież zręby jej pozostają i zawsze będą niestety aktualne (co więcej, będzie się to jeszcze potęgować, bo zwiększa się ilość środków szerzenia hejtu). Żywa jest i w operze nienawiść dwóch rodów, która nie wiadomo już od czego się zaczęła i skąd się wzięła. To łańcuch nie do przerwania. I tak jak w internecie rządzą algorytmy podkręcające emocje, a te emocje często sprowadzają się do hejtu, tak w tym spektaklu akcja się rozhuśtała, kiedy na scenę wkroczyła czysta nienawiść.

Obsada satysfakcjonowała także w pomniejszych rolach, jak Merkutio (Paweł Trojak), Tybalt (Mateusz Zajdel), ojciec Laurenty (sam Rafał Siwek znalazł czas) czy istna perełeczka – Zuzanna Nalewajek jako krnąbrny paź Stephano, rzucający butelką, a nawet… sikający pod ścianą – chwila humoru w tym ciężkim dramacie. Kierujący całością Robert Houssart też sprawiał wrażenie, jakby rozkręcał się z czasem. Był stojak i długie brawa.

Reklama