Krakauer na Chłodnej

Ten jubileuszowy, dziesiąty festiwal WarszeMuzik, choć skromny, podwórkowy, został zainaugurowany na Chłodnej 20 z udziałem wielkiego artysty, jakim jest klarnecista David Krakauer.

Swego czasu był częstym gościem – jako solista i jako członek różnych zespołów klezmerskich – krakowskich Festiwali Kultury Żydowskiej i nie tylko. Pisywałam o nim także na tym blogu, np. tutaj – w tym opisie jego artystycznej osobowości i wirtuozerii po latach mogę nie zmieniać nic. Zagrał ze świetnym kwartetem smyczkowym Message.

Najpierw jednak sam kwartet (z akompaniamentem psa zamkniętego w którymś z mieszkań – taka już uroda tych koncertów) zainaugurował festiwal symbolicznie Arią autorstwa 23-letniego Mieczysława Wajnberga, która rozpoczęła także pierwszą edycję i przed tę dekadę powracała w różnych składach instrumentalnych. Piękny to i wzruszający utwór. Po nim wyłonione z kwartetu trio plus współtwórczyni festiwalu Ania Karpowicz na flecie zagrali dwie Trenodie Aarona Coplanda z początku lat 70. To trochę inna muzyka od tej, jaką kojarzymy z tym kompozytorem (np. Fantare for the Common Man, Billy the Kid, Appalachian Spring), poważna i pełna zadumy, zgodnie z tytułem – żałobna: pierwsza z nich poświęcona Igorowi Strawińskiemu (i trochę jakby doń nawiązująca w harmoniach), druga, dopasowana – przyjaciółce kompozytora, wiolonczelistce Beatrice Cunningham. Zwykle grywa się je razem.

Krakauer z kwartetem wykonali wspaniałe dzieło Osvalda Golijova The Dreams and Prayers of Isaac the Blind, napisane 32 lata temu dla legendy klezmerskiego klarnetu Giory Feidmana i Cleveland Quartet; to oni dokonali jego prawykonania w tym samym roku w Niemczech, ale prawdziwą sławę przyniosło mu nagranie Krakauera z Kronos Quartet. Płyta wydana przez Nonesuch w 1997 r. otrzymała Diapason d’Or. To dzieło niezwykłe, mistyczne, cytujące zarówno muzykę klezmerską, jak modlitwy. Kompozytor wyłożył swoje na jego temat i nic tu dodać nie można. Klarnet jest tu wciąż na pierwszym planie, śpiewa i łka (tzw. krechs), a kwartet intensywnie mu towarzyszy, ale zdecydowanie ma tu rolę akompaniującą.

Niestety wykonanie zostało w środku zakłócone przez jakiegoś dresiarza, mieszkańca kamienicy, który podszedł do muzyków, by wyłożyć swoje pretensje, że gra się tu muzykę żydowską, że dziś jest rocznica Powstania Warszawskiego, a nie jakiegoś powstania żydowskiego. I że w ogóle on nienawidzi Żydów, bo to kurwy. Myślę, że solista, choć po polsku zna tylko parę słów, zrozumiał, o co chodzi. Organizatorzy wyprosili intruza, dość delikatnie zresztą, aż wrócił do swojej nory, a publiczność (tłumna) dała wielkie brawa, nawet trochę za długie, bo przecież utwór trzeba było skończyć. Ta jej reakcja jednak chyba dodała soliście jeszcze skrzydeł, bo zarówno w dwóch ostatnich częściach, jak w bisie, którym był często przezeń wykonywany w Krakowie Heiser Bulgar Naftulego Brandweina z własnym improwizowanym wstępem, pokazał, co potrafi: był i wymienny oddech, i wspinanie się w górę, i wszelkie klezmerskie sztuczki. Aż przypominały się niegdysiejsze szaleństwa na krakowskiej Szerokiej.

Niesmak jednak pozostał. Bardzo to smutne, bo przez tyle lat odbywały się na tym podwórku koncerty i nie było takich problemów. Polska brunatnieje, coraz bardziej to widać.

Reklama