Czy zakaz pracy w kilku placówkach dotknie też nauczycieli?
Można przyklasnąć pomysłowi rządu, aby ograniczyć pracę lekarzy w kilku placówkach. Co jednak powiemy, gdy podobne ograniczenia dotkną też nauczycieli? Bieganie od szkoły do szkoły stało się normą w oświacie. Czy to się może skończyć?
Pamiętam, że w okresie dużego bezrobocia nauczyciel musiał prosić dyrektora szkoły, która była jego podstawowym miejscem pracy, o zgodę na podjęcie dodatkowego zatrudnienia. Mało kto tego przestrzegał. Wpływały donosy na nauczycieli, którzy o zgodę nie prosili, a dorabiali, ale dyrektorzy nie chcieli reagować. Otwarcie mówili, że nie chcą o tym wiedzieć.
O zjawisku biegania z pracy do pracy można się dowiedzieć z przedstawień studniówkowych. Młodzież pokazuje nauczycieli, którzy z jednego miejsca wychodzą wcześniej, zanim skończy się lekcja, a do drugiego się spóźniają. Pokazują, że nauczyciele prowadzą ostatnią lekcję już ubrani jak do wyjścia, z torbą na ramieniu, byle nie zmarnować ani minuty. Niektórzy są dogadani z woźną, że gdyby mocno się spóźnili albo nawet nie przyszli w ogóle na pierwszą lekcję (bo nie zdążyli dojechać z innej szkoły), trzeba wpuścić klasę do sali i przypilnować, aby było cicho. Dyrektor nie musi o tym wiedzieć.
Dawniej dorabialiśmy, aby związać koniec z końcem, obecnie często z przyzwyczajenia albo żeby zarobić jeszcze więcej. Choć zarobki w oświacie są nieporównywalnie mniejsze od lekarskich, brak hamulców jest podobny. Gdyby te możliwości nagle się skończyły, byłby płacz i zgrzytanie zębów… oraz głosowanie na partię, które te zmiany zniesie.
Komentarze
Niestety, dorabianie w różnych szkołach stało się normą, nie tylko związaną z kasą! W niektórych szkołach, szczególnie zawodowych nie ma specjalistów! Taka praca odbija się na uczniach, ale także na atmosferze w szkole. Nic dobrego!
Szanowny Gospodarzu,
czy mógłbyś jakoś uzasadnić (uwiarygodnić?) stwierdzenie, że młodzież mamy zdolną (zdolniejszą coraz ?) , a wyniki matur fatalne (coraz gorsze ?). Bo mnie się zdaje, że zdolności młodzieży znacznie wzrastają, jeśli będziemy ocenę opierać o inteligencje wieloraką (tzw.) . Niewątpliwie w przebieraniu palcami po ekranie smartfona pokonają każdego profesora zwyczajnego; może tylko młodzi magistrzy z otwartymi przewodami doktorskimi mogliby im sprostać. Ale przecież istnieje sporo innych kryteriów oraz holistyczne podejście, lubiane nie tylko przez media, ale nawet przez filozofów…
Na partię, która te zmiany zniesie, albo przynajmniej obieca…
Bo cóż szkodzi obiecać?
Czyjej dymisji zażąda belferxxx? https://www.rmf24.pl/regiony/lublin/news-radny-pis-zoperowany-mimo-zawieszenia-oddzialu-chirurgii-to-,nIdn,1009304
Nie rozumiem: dla nikogo nie jest tajemnicą, że nauczycieli jest za dużo, a jednocześnie okazuje się, że ci, którzy są, MUSZĄ pracować w wielu szkołach. Ktoś potrafi to wyjaśnić?
@Azefalista
Dziękuję za pytanie i komentarz. Mamy w szkołach zalew chętnych do udziału w olimpiadach i konkursach przedmiotowych. Uczestnikom brakuje często niewiele, aby zostać finalistami. Wszyscy jednak nie mogą wygrać. Jednak nawet przegrani reprezentują z danego przedmiotu nieraz poziom zbliżony do studentów starszych lat (laureaci potrafią przewyższać studentów). Potem na maturze okazuje się, że ci prawie olimpijczycy zdali ledwo-ledwo. Dlatego m. in. pozwoliłem sobie na opinię, że to nie z młodzieżą jest coś nie tak, lecz z formułą matury.Sprawdza przestarzałą wiedzę i mało potrzebne umiejętności.
Pozdrawiam
Gospodarz
@gospodarz
Gospodarzu rzeczywiście znam takie przypadki uczniów, którym do wejścia do finału zabrakło bardzo niewiele, wiedzę mają większą niż zwykły uczeń, a wynik matury nie powala. Bo matury jednak sprawdzają umiejętność rozwiązywania arkusza, ćwiczoną mechanicznie.
A co do wyników z rozszerzeń, od razu po maturze uczniowie mówią „łatwa/trudna”. Nie chodzi o opinie pojedynczych uczniów. I to potem widać w wynikach. W zeszłym roku fizyka, biologia – mówili łatwa, matematyka rozsz. – trudna. I to potwierdzały wyniki.
W tym roku biologia wzbudziła tak dużo emocji i skarg, że aż poluzowali kryteria oceniania.
Za rok też albo biologia, albo chemia będzie trudna, bo drugi podwójny rocznik będzie rekrutował się na medycynę.
Co mnie zaskakuje, to bardzo duża skuteczność niektórych kursów. Wydawało mi się, że kursy to taki rodzaj biznesu, adresowane do uczniów, którzy nie mają dostępu do dobrych korków. Jednak korki powodują jakąś niesamodzielność uczniów, uczeń robi to i tylko to co korepetytor każe. A po dobrym kursie osoby niewyróżniające się wyskakują na zadziwiające wyniki. Zarówno kursy grupowe, stacjonarne, jak i te gotowe nagrane kursy zaskakują mnie skutecznością. Być może uczniowie bardziej się przykładają, mają większą świadomość własnej odpowiedzialności za wynik, a przy korepetytorze czują się prowadzeni za rękę. Niektóre kursy są na takim poziomie profesjonalizmu, że do zwykłej, przeciętnej szkoły nie opłaca się chodzić.
@Róża
Przygotowałem 2 osoby do egzaminu na studia, gdy jeszcze taki egzamin był możliwy. Wyleciały po 1. semestrze, ale to już nie mój problem. Mam na myśli to, że dobry korepetytor wyciągnie nawet z trójki na zdany egzamin wstępny. Choć niekoniecznie na czwórkę z matury.
Nie uwierzą państwo: egzaminy na studia TEŻ są schematyczne (choć nieco inaczej niż matura).
W uproszczeniu: matura sprawdza opanowanie zadanego materiału, olimpiada – umiejętność niepodręcznikowego myślenia opartego na samokształceniu i żywym zainteresowaniem przedmiotem. Ortogonalne umiejętności.
@Gospodarz
Dziękuję za odpowiedź. Ma ona charakter medialnej opinii i, na dobrą sprawę, nie bardzo sygnalizuje, gdzie leży problem. Konstatacja, że mnóstwo uczniów znakomicie realizuje się na konkursach przedmiotowych , a maturę zdaje słabo można skomentować w medialnym nastroju, że zalewowi czerwonych pasków i średniej powyżej 5 nie towarzyszy adekwatny poziom wiedzy absolwentów podstawówek. W tym przypadku można podeprzeć takie stwierdzenie również statystyką. Myślę też, że Gospodarz odnosi swoją opinię do matury z języka polskiego. I zapewne nie ma na myśli przypadków niezdania matury, lecz niezgodnych z oczekiwaniami wyników. Nie wyobrażam sobie, żeby laureat jakiegoś szczebla z matematyki, chemii czy biologii uzyskiwał wyniki z matury na poziomie średniej lub mediany. Rozumiem trochę problemy z językiem polskim – konkursy wymagają czego innego, niż matura. Czego innego, a nie tego samego, tylko szerzej, głębiej i lepiej. Z drugiej jednak strony trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś, kto świetnie wykaże się na konkursie polonistycznym, po pobieżnym uświadomieniu odnośnie kryteriów oceniania, co każdy nauczyciel chyba robi, nie napisze matury w granicach 70 – 90%. I powinno mu do tego wystarczyć zaznajomienie się z porządnymi opracowaniami tych niewielu w sumie lektur, niekoniecznie z oryginałami. Wiem, że pisanie eseju to co innego, niż rozprawki i że fantazja czasem trochę odlatuje, a czasem na bieżąco rodzą się zawiłe i oryginalne przemyślenia, cenne, świadczące o przenikliwości, które sprawdzającego mogą stawiać w kłopotliwej sytuacji w kontekście kryteriów, jednak tu problem leży w statystyce – jak często może się to wydarzyć. Jeśli jednym z istotniejszych kryteriów miałby być poziom rozczarowania (pretensji?) zdających, być może także ich rodziców, to nie bardzo bym się przejmował. Oczywiście, pod warunkiem, że nie znalazłby on znaczącego wyrazu w mniej lub bardziej spontanicznej medialnej kampanii. Vox populi, vox dei. A dyskusja na kształtem matury z polskiego zawsze jest potrzebna. Dodam jeszcze, że poruszony problem kompletnie pomija przeważającą część abiturientów z takich sobie liceów i techników, którzy często mają problem ze zrozumieniem sensu trochę bardziej złożonego tekstu oraz sformułowaniem jakiejś sensownej syntezy, ustnej czy pisemnej, odnośnie jakiegoś zjawiska.
Dążenie do lepszej płacy jest zrozumiałe. Nauczyciele nacieszyli sie juz dużą podwyżką po wyborach 2023 r. i teraz chcieliby już kolejnego skoku… Normalny mechanizm psychologiczny.