Czy zakaz pracy w kilku placówkach dotknie też nauczycieli?

Można przyklasnąć pomysłowi rządu, aby ograniczyć pracę lekarzy w kilku placówkach. Co jednak powiemy, gdy podobne ograniczenia dotkną też nauczycieli? Bieganie od szkoły do szkoły stało się normą w oświacie. Czy to się może skończyć?

Pamiętam, że w okresie dużego bezrobocia nauczyciel musiał prosić dyrektora szkoły, która była jego podstawowym miejscem pracy, o zgodę na podjęcie dodatkowego zatrudnienia. Mało kto tego przestrzegał. Wpływały donosy na nauczycieli, którzy o zgodę nie prosili, a dorabiali, ale dyrektorzy nie chcieli reagować. Otwarcie mówili, że nie chcą o tym wiedzieć.

O zjawisku biegania z pracy do pracy można się dowiedzieć z przedstawień studniówkowych. Młodzież pokazuje nauczycieli, którzy z jednego miejsca wychodzą wcześniej, zanim skończy się lekcja, a do drugiego się spóźniają. Pokazują, że nauczyciele prowadzą ostatnią lekcję już ubrani jak do wyjścia, z torbą na ramieniu, byle nie zmarnować ani minuty. Niektórzy są dogadani z woźną, że gdyby mocno się spóźnili albo nawet nie przyszli w ogóle na pierwszą lekcję (bo nie zdążyli dojechać z innej szkoły), trzeba wpuścić klasę do sali i przypilnować, aby było cicho. Dyrektor nie musi o tym wiedzieć.

Dawniej dorabialiśmy, aby związać koniec z końcem, obecnie często z przyzwyczajenia albo żeby zarobić jeszcze więcej. Choć zarobki w oświacie są nieporównywalnie mniejsze od lekarskich, brak hamulców jest podobny. Gdyby te możliwości nagle się skończyły, byłby płacz i zgrzytanie zębów… oraz głosowanie na partię, które te zmiany zniesie.

Reklama