Religia w liceum jest niepotrzebna?
Trwa ostatni etap rekrutacji do szkół ponadpodstawowych. Kandydaci deklarują, czy chcą się uczyć religii. Wolę nauki lub rezygnacji potwierdzają rodzice podpisem. Okazuje się, że katechezy prawie nikt nie chce.
Choć na lekcje religii chodzi coraz mniej uczniów, katecheci zwykle mogli liczyć na pierwszoklasistów. Teraz to się kończy. Nowi uczniowie nawet nie zamierzają sprawdzać, czy katecheza ich zainteresuje. Z góry wiedzą, że to nie dla nich.
Nie wszyscy rodzice akceptują taką postawę. Informują, że w domu porozmawiają z dzieckiem. Chcą wiedzieć, czy mogą zmienić swoją deklarację. Komisja rekrutacyjna zapewnia, że decyzja jest wyłącznie sprawą ucznia oraz jego rodziców. Można ją zmieniać nawet wielokrotnie.
Katecheta przypomina, że dziecko nie może się ani zapisać na religię, ani z niej wypisać. O niepełnoletniej osobie decydują rodzice. Skutek jest taki, że niektóre dzieci są zapisywane na siłę.
Komentarze
Dlatego p. Nawrocki uznał, że rzecznicy praw ucznia są niepotrzebni. Wcześniej p. Nawrocki „na silę” wypisał swoje dzieci z programu szczepień.
@Stary Profesor
Nie wiem, kto ten Nawrocki, ale na jego miejscu zabroniłbym dzieciom korzystania z telefonów i komputerów, bo tam są tranzystory, a tranzystor to transgender (to nie ja to wymyśliłem, to Trump (2026)).
@Stary Profesor
A to Profesor popiera powołanie rzeczników praw ucznia?
Róża
A to niepotrzebni?
Jeżeli Batyr tak mówi – to tym bardziej!!!
Religia nie jest potrzebna w żadnej szkole ani tym bardziej w przedszkolu.
– Córka nie dostała się do szkoły pierwszego wyboru. Chciała iść do „Hoffmanowej”. Ma średnią 5,92, 100 proc. z angielskiego, 97 proc. z matematyki i 95 proc. z języka polskiego. Nie wiem, co trzeba zrobić, żeby dostać się do „Staszica”, który jest najlepszą szkołą w Warszawie.
(…)
Jej córka wybrała w systemie rekrutacji tylko pięć liceów, koleżanki wybierały po 30. Dlatego wiele dzieci ze stolicy, podobnie jak w Krakowie, dowie się dzisiaj, że nie dostali się nigdzie.
(…)
Ten system jest chory, jest do zaorania. W tych najlepszych szkołach powstaną getta olimpijczyków. Nie wiem, czemu to wszystko służy. To nie jest normalne – dodaje Magdalena.
Getta olimpijczyków! Bardzo podoba mi się to określenie! Czytajmy dalej:
Zapytaliśmy czworo specjalistów od oświaty (akademików, nauczycieli, metodyków, aktywistów) – co zrobić, żeby system był bardziej sprawiedliwy, przejrzysty i nie aż tak obciążający dla uczniów i uczennic. Ich pomysły są skrajnie różne.
Zlikwidować egzamin, zrobić rejonizację do szkół średnich. Albo wręcz przeciwnie – zrobić egzamin trudniejszym, żeby bardziej różnicował uczniów na tych zdolnych i mniej zdolnych. Poszerzyć listę przedmiotów egzaminacyjnych. Niezależnie od pomysłów na zmiany w testowaniu dzieci po szkole podstawowej, eksperci zgodni są w jednym: zarówno sama formuła egzaminu, jak i cały system rekrutacji, który jest zbyt wymagający, stresujący i mało sprawiedliwy – są do zmiany.
Z powyższego wynika, że o rekrutacji do najlepszych / „najlepszych” liceów decyduje przypadek. No bo czym 95% z matematyki różni się od 100%? A ten przypadek rezonuje następnie w szkołach drugiego i trzeciego wyboru.
Jak to rozwiązać – nie wiem. Wiem jednak, że sytuacja, w której niedostanie się do konkretnej szkoły ogólnokształcącej odbierane jest jak życiowa tragedia, jest chora. Składanie 1000 podań do szkoły, w której jest, powiedzmy, 120 miejsc, jest chore.
Nie o to chodzi, by 120 uczniom w ponadmilionowej Warszawie było dobrze, tylko by dobrze było możliwie jak największej liczbie z nich. By zwykła szkoła rejonowa miała szanse konkurować z najlepszymi liceami w mieście możliwością przygotowania swoich uczniów do matury, czyli egzaminu dojrzałości, czyli wejścia w samodzielne życie.
Zapomniałem podać źródło cytatów: https://wyborcza.pl/7,75398,32915297,wyniki-rekrutacji-do-szkol-srednich-wiele-zdolnych-dzieci-nie.html
O, to są ciekawe głosy w dyskusji (ibid.):
Prof. Marek Konopczyński (pedagog resocjalizacyjny, profesor nauk społecznych): – Egzamin ósmoklasisty w zasadzie niczego nie załatwia, bo to jest jedna chwila, jeden moment. Jedni łatwiej się adaptują do sytuacji egzaminacyjnej, inni trudniej.
Święte słowa. Jedni ludzie nie są w stanie wydusić z siebie słowa na egzaminie ustnym, za to brylują na pisemnym. Inni odwrotnie. Jeszcze inni uwielbiają pracę projektową. Egzamin pisemny wyrzuca więc za licealną burtę 2 z 3 typów osobowości, z których każdy jest ważny dla społeczeństwa.
Uważam, że nadmiar egzaminów jest zbędny i raczej szkodzi systemowi edukacji. Egzamin nigdy nie wykazuje rzeczywistej wiedzy. Wykazuje ją obserwacja ucznia w ciągu edukacji. Dlatego uważam, że powinniśmy wrócić na wcześniejsze tory. Czyli jeśli już chcemy dzielić dzieci na lepsze i gorsze, to róbmy to, uwzględniając wyniki z całego cyklu edukacji.
To doprowadzi do inflacji ocen. Tych po szóstej i siódmej klasie też.
Segregowanie uczniów na lepszych i gorszych nie jest dobrym rozwiązaniem. Myśmy przyjęli takie fałszywe założenie, że wszystkie dzieci powinny opanować to samo, osiągnąć ten sam poziom. To się nigdy nie sprawdziło i nie sprawdzi przy tym sformalizowanym podejściu, bo dzieci są różne. To nie są śrubki, które można przyciąć do jednego wzoru.
Zdanie 2. stoi jakby w sprzeczności z pierwszym. Faktem jest jednak, że zafundowaliśmy sobie system edukacji, który generuje i utrwala rozwarstwienie społeczne. Przecież uczeń „lepszy” to niekoniecznie ten bardziej zdolny (we wszystkim?), tylko np. z bogatszej rodziny.
Paweł Lęcki (polonista z sopockiego liceum, publicysta, aktywista edukacyjny):
– Szkoła zmienia się w kurs egzaminacyjny. Robimy testy, bo są podstawą rekrutacyjną, czy to do szkoły średniej, czy do szkoły wyższej. I trudno się dziwić, że nauczyciele chcą to wyćwiczyć. To oczywiście nie ma nic wspólnego z edukacją jako taką. Trenujemy, coachujemy. Dopóki formuła egzaminu się nie zmieni, to tak będzie. (…)
Teraz mamy trzy egzaminy po szkole podstawowej, czyli język obcy, język polski, matematyka. Nie sprawdzamy w ogóle przedmiotów przyrodniczych, a najbardziej oblegane są klasy o profilu biol-chem. Czyli żyjemy w jakiejś paranoi. Nie bez powodu później w klasach biologiczno-chemicznych dzieją się największe dramaty, ponieważ następuje największe zderzenie wspomnienia o sympatycznej pani od biologii bądź chemii i fajnych doświadczeń, zabaw edukacyjnych, z tym, co jest potem. Bo w szkole średniej nagle okazuje się, że to jest najtrudniejszy profil, jaki istnieje. A nikt nie wie, co dziecko realnie umie. (…)
Dobrze byłoby, żeby w pierwszej klasie było kształcenie ogólne. Niech ten młody człowiek trochę dojrzeje, okrzepnie, niech się przekona, co tak naprawdę potrafi i chce robić. W drugiej klasie już będzie wiedział więcej.
Ostatni z powyższych postulatów realizowały gimnazja. Teraz mleko się już rozlało – wiadomo, ile ma być klas biol-chem, mat-fiz, ogólnych itp., bo kadra nie jest z gumy i biolożka nie zastąpi pana od historii.
Po ostatnich doniesieniach o zarobach lekarzy, w liceach powinno się tworzyć wyłącznie klasy biol-chem (sarkazm).
Zważywszy, że Nałroki odbył pełen katolicki kurs i…takie są OWOCE (ustawki, półświatek, nacjonalizm, szkodnictwo) to jasno widać, że pożytki z obecności religii w szkołach są żadne albo wręcz szkodliwe.
@PR
No i po przeczytaniu głosów ekspertów na temat rekrutacji do jakiego wniosku Pan doszedł?
Bo ja do wniosku, że słowo ekspert w edukacji oznacza „policytujmy się kto wymyśli coś głupszego”.
I mam problem, duży problem kto wygrywa w tej kategorii.
Coś z umiarem i rozsądkiem próbuje powiedzieć tylko Kinga Białek.
A co do tytułowego pytania – religia jako jeden z przedmiotów szkolnych to skandal. Nie realizuje żadnej polityki publicznej. Służy wąskim grupom interesu (kler i politycy). Do kosza.
Jedyne, co państwo / samorządy mogłoby tu zrobić, to udostępnić popołudniami lub w soboty sale lekcyjne. Ksiądz by przed lekcją w miejscu orła białego wieszał krzyż, a po lekcji go zdejmował.
Oczywiście, że jest potrzebna… do…:
1. Przepisania zadania domowego lub uzupełnienia zeszytu wynikłego z nieobecności.
2. Przygotowania się do testu, kartkówki czy innej formy opresji ze strony nauczyciela, przewidywanej na kolejnej lekcji.
3. Zrelaksowania się, jeśli zawarte w pkt. 2 wydarzyło się PRZED katechezą.
4. Złapania krotkiej drzemki. Szczególnie przydatne w godzinach porannych.
5. Rozstrzygniecia klasowego turnieju Tysiąca, Pana lub innej gry karcianej. Ewentualnie mistrzostwa w statkach lub piłkarzykach.
Wszystkie powyższe są prawdziwe. Tak w mojej klasie spędzało się 45 minut prania mózgów przez klechę. Dlaczego? Z dwóch powodów:
1. Klechy nie były w stanie zapanować nad klasą. Jeśli raz pozwoliły na rżnięcie w karty to się grało cały rok.
2. Tematy były nudne, a nawet gdy poruszał klecha jakiś ciekawszy (antykoncepcja, pożycie małżeńskie, aborcja), to pola do dyskusji nie było. Mieliśmy to przyjmować w formie surowej i traktować jak dogmat. Cóż się dziwić, że dzieciaki nie chcą?
Premier Węgier zaproponował Judit Polgar objęcie funkcji prezydentki kraju.
Wygląda na to, że zamiast katechez szkoły powinny organizować kółka szachowe.
@Róza
Wywołany do tablicy, oceniam wypowiedzi ekspertów na temat zasad rekrutacji do szkół ponadpodstawowych.
1. Prof. Konopczyński. Proponuje zlikwidować egzamin 8-klasisty i oprzeć rekrutację na ocenach bieżących ze szkoły podstawowej. To głupi pomysł, który, jak już napisałem, doprowadzi do inflacji stopni, które przestaną cokolwiek odzwierciedlać, skutkiem czego zamiast kosztownej procedury rekrutacyjnej równie dobrze można będzie użyć maszyny losującej Toto-lotka. Ocena: ndst.
2. Anna Schmidt-Fic, aktywistka oświatowa. Zamiast egzaminu 8-klasisty, egzaminy po każdej (?) klasie. Czyli de facto brak realnej propozycji. Zamiast tego refleksje oparte na osobistym doświadczeniu „odrzucenia przez system” własnej córki. Ocena: ndst+.
3. Dr Kinga Białek, polonistka i hebraistka. Rozszerzyć egzamin 8-klasisty i zrobić go trudniejszym, by lepiej różnicował dzieci. A więc m.in. powrót do egzaminu z przedmiotów przyrodniczych, WOS-y, historii, żeby rekrutacja do klas profilowych miała większy sens. To rozsądny postulat. Tym bardzie, że rozsądek podpowiada, ze jeżeli biologia, chemia, fizyka w podstawówce nie pojawiają się na egzaminie końcowym, to lądują w koszy z napisem „michałek”. I potem w szkołach średnich orka na ugorze, o ile nauczycielowi się chce orać. Jest też propozycja, by sezon egzaminacyjny rozpoczynać wcześniej, nawet w styczniu, i by każde dziecko mogło go poprawić. Abstrahując od kosztów, to by nieco złagodziło problem obecnej formuły: egzamin 8-klasisty pisze się tylko raz w życiu, nie można go poprawić, co jest dysfunkcjonalne, IMHO. „Gdyby udało się szkołom wzmocnić system diagnozowania postępów uczniów, moglibyśmy myśleć o rejonizacji.” – tego nie rozumiem. Ocena ogólna: dostateczny.
4. Paweł Lęcki (polonista, publicysta, aktywista edukacyjny). Likwidacja egzaminu 8-klasisty, zastąpienie go sumą „bilansów po każdym roku”. Już to widzieliśmy. To jest niepoważna, nieżyciowa, sowizdrzalska propozycja. Ale jest tam i novum: bilans nie mógłby być zwykła oceną. Nie rozumiem tego. Plus uwaga, że obecnie przy rekrutacji do klas sprofilowanych nie uwzględnia się predyspozycji, uzdolnień ucznia w danym kierunku, ale jak ten bilans miałby temu zaradzić – nieponiatna. Pomysł, by profil wybierać dopiero w drugiej klasie jest całkowicie z czapy. Ocena końcowa: ndst+.
ALE: żadna z powyższych osób nie wygląda mi na prawdziwego eksperta od rekrutacji do szkół ponadpodstawowych. To są ludzie związani ze szkołą, znający szkołę – swoją szkołę – od podszewki, ale nie mający szerszej perspektywy. To, że wychowałem N dzieci nie czyni ze mnie pedagoga czy psychologa dziecięcego. To, że ktoś spędził dzieciństwo nad morzem i naoglądał się statków na morzu nie czyni zeń dobrego kandydata na ministra gospodarki morskiej. I tak dalej. Żaden z powyższych głosów nie jest więc głosem eksperta, a jedynie osoby głęboko uwikłanej w szkołę.
@PR
No i właśnie tak dokładnie miałby wyglądać KEN.
To miałby być taki właśnie drogi, bo opłacany z naszych podatków klub dyskusyjny złożony z takich ekspertek i ekspertów.
Co ciekawe jedyna wypowiedź trzymająca jakiś poziom to Kingi Białek, która akurat była powołana przez MEN do jakiegoś zespołu, od PP z j. polskiego.
Prof. Konopczyński to dobra duszyczka, ale on chce rejonizacji albo uganiania się za ocenami. Jeżeli jedynym kryterium miałyby być oceny, to szkoły publiczne można zostawić dla najbiedniejszych, resztę zlikwidować, bo ludzie zabraliby dzieci do tych prywatnych, które nastawiają szóstek.
Ekspertka i polonista wymyślili w sumie to samo. Po prostu wieloprzedmiotowy egzamin na koniec każdej klasy. Do tego musiałby być oceniany zewnętrznie, bo szkolne oceny są nieobiektywne.
Chyba, że pominiemy ten brak obiektywizmu, niech sobie ocenia każda szkoła po swojemu. Tylko wtedy niczym nie różniłby się od propozycji profesora czyli rekrutacja oparta na szkolnych ocenach.
Jeżeli jednak oceniany zewnętrznie, to pomysł jest kuriozalny, bo CKE nie wyrabia się z rzetelnym ocenianiem obecnych egzaminów, które są tylko na koniec 8 kl. i tylko z trzech przedmiotów.
I najgorsze jest to, że ekspertka od mało mądrych pomysłów, tak jak Pan zauważył, wplata do tego osobiste wspomnienia, jak to jej córka nie dostała się do żadnej z 9 szkół, bo napisała egzamin z matematyki słabo, a ona czyli ekspertka jest wewnętrznie przekonana, oczywiście jako ekspertka, o jej zdolnościach.
Każdy rodzic jest takim ekspertem, każdy, którego dziecko za słabo napisało egzamin, nie dostało się do szkoły, do której zdaniem rodzica powinno.
Ja za to nie jestem ekspertką edukacyjną czy oświatową, nie wiem jak oni tam sami siebie nazywają, natomiast za nic w świecie nie chcę KENu złożonego z takich ekspertek, które miałyby ustawiać szkoły pod swoje wspomnienia o swoich dzieciach.
Bo jestem lepszą ekspertką od edukacji, egzaminów i rekrutacji własnego dziecka. I nie chcę, żeby musiało zdawać co roku egzaminy ze wszystkiego po każdej klasie SP, bo dziecko ekspertki nie dostało się w I terminie, bo nie zdało tak jak chciała ekspertka, a było takie zdolne. Na szczęście żadne edukacyjne pomysły żadnych samozwańczych ekspertek nie obejmą już mojego dziecka.
Wśród tego zalewu niemądrych propozycji (ten nieszczęsny KEN to byłby jak jakiś mem) Kinga Białek zwraca uwagę na jeden problem, który niestety jest nierozwiązywalny. Tzn. że egzaminu nie można poprawić. Nie ma tu dobrego rozwiązania. Gdyby egzamin był w styczniu, to mielibyśmy po prostu 2 egzaminy. Bo każde dziecko, poza dziećmi posiadającymi tytuł laureata dający wstęp do LO poza normalnymi zasadami rekrutacji oraz dziećmi, które idą do najbliższej szkoły przyjmującej wszystkich chętnych, poprawiałoby każdy egzamin napisany poniżej 100 proc. Bo może uda się przeskoczyć z 95 na 100. Czyli 8 kl. przestałaby istnieć, byłaby cyklem przygotowań i zdawania e8.
I chyba po to w ogóle bierze się pod uwagę oceny w rekrutacji, żeby w sytuacji słabszego wyniku e8, jakoś podnieść całościowy wynik.
Tak przy okazji, PR czy zdaje Pan sobie sprawę jak wyglądałaby rekrutacja, gdyby nie było egzaminów zewnętrznych? Jaką pozycję rekrutacyjną miałyby np. dzieci ekspertek?