Witaj Maj, piękny Maj

Na koniec naszej politycznej majówki usłyszeliśmy, że przy Pałacu na Krakowskim Przedmieściu powołano kolejną radę, tym razem o nowej konstytucji. To projekt niepoważny, więc o nim później. Nasza majówka warta jest większej uwagi niż prowokacje wymierzone w Tuska.

Otóż nasza majówka polityczno-patriotyczna: święto ludzi pracy, święto flagi państwowej i narodowe święto konstytucji uchwalonej 3 maja ponad dwa wieki temu, to przedziwna sekwencja, w której odnajdziemy ślady ważnych wydarzeń promieniujących do dzisiaj, czasem radioaktywnie.

1 maja zawłaszczył komunizm. Po jego upadku zarządzał nim Kościół katolicki, który jego patronem uczynił cieślę, opiekuna Jezusa. Resztki lewicy urządzały nadal pochody, jakby nie dostrzegając, że jej społeczna baza, proletariat, odchodzi nieodwołalnie do historii. A „prekariat” w różnych odmianach najchętniej pracowałby mniej i zdalnie.

Dzień Flagi, pomysł zapomnianego działacza Platformy Obywatelskiej, energicznie popierany przez Jana Rokitę, niedoszłego „premiera z Krakowa” z ambicjami prezydenckimi, zakorzenił się w społeczeństwie, które w PRL chodziło w pochodach pod czerwonymi szturmówkami i flagami polskimi, lecz godłem państwowym był wówczas bezkoronny orzeł piastowski. Zakorzenił się, podobnie jak kokardy i przypinki w kolorach białym i czerwonym, choć te barwy zostały oficjalnie uznane za narodowe dopiero w 1831 r. przez autonomiczny Sejm Królestwa Polskiego, którego władcą był car imperialnej Rosji.

Rzadko mówi się o tym, że to niby polskie państwo od cara Aleksandra dostało swoją konstytucję, uważaną za liberalną, nad którą pracował zespół księcia Adama Czartoryskiego, przez niektórych typowanego na króla Polski. W pierwszym artykule tej ustawy o ustroju państwa napisano jasno, że Królestwo Polskie jest na zawsze połączone z Cesarstwem Rosyjskim. Nawet w PRL tak daleko komunistyczna władza nie poszła, choć oba twory były satelitami Rosji.

Twór „królewski” funkcjonował siedem lat, po przegranym powstaniu listopadowym car Mikołaj narzucił „kongresówce” nowy „statut organiczny”, wkrótce zresztą zawieszony: trawienie odrębnego państwa i narodu szło opornie.

„Witaj Maj, Piękny Maj/ U Polaków błogi raj”, śpiewali Polacy na rocznicowych uroczystościach w Polsce odrodzonej po 123 latach rozbiorów. Sama konstytucja przetrwała niespełna półtora roku i została unieważniona wspólnym wysiłkiem tzw. konfederacji targowickiej (konstytucja zakazywała szlacheckich konfederacji) i imperialnej Rosji.

Ostatni król Stanisław Poniatowski przeszedł na stronę buntu przeciw konstytucji, słaba już wówczas Rzeczpospolita przegrała wojnę w jej obronie z Rosją i została wymazana z politycznej mapy Europy. „Błogi raj” zakończył się marszem pogrzebowym: „chociaż kwitł piękny Maj/rozszarpano biedny kraj”.

Natchnieniem dla autorów konstytucji były idee oświecenia, rewolucji francuskiej i amerykańskiej – jedynej w historii, która po zwycięstwie zaprowadziła demokrację, a nie nową despotię, jak bolszewicka, nazistowska czy maoistyczna. Była dziełem ówczesnej polskiej elity „liberalnej”, próbą modernizacji niewydolnego szlacheckiego państwa polsko-litewskiego.

To było anatemą nie do przyjęcia przez ówczesną magnacką oligarchię, zatwardziałych konserwatystów w uprzywilejowanej od wieków warstwie szlacheckiej i Kościele, choć konstytucja katolicyzmowi nadała status religii państwowej, a za konwersję na inne wyznanie chciała surowo karać. Wespół w zespół próbę modernizacji, wzmocnienia i odblokowania potencjału rozwojowego kolosa, jakim była Rzeczpospolita Obojga Narodów – o trzecim, rusińskim, nie myślano po partnersku – powstrzymano siłą.

Jeśli zgodzimy się, że nic w historii nie ginie, tak jak dziś w internecie; że jest ona mimo wszystkich klęsk i katastrof ciągłością, „długim trwaniem”, wielowiekowym procesem politycznym, cywilizacyjnym i kulturowym, to można na dzieje konstytucji spojrzeć jako na wydarzenie definiujące naszą historię narodową i państwową: w tym, co złe i co dobre.

Zatem – jako na budujący przykład patriotycznej troski o „dobro wspólne” (choć pańszczyzny nie zniosła całkowicie) w elitach i jako na ostrzeżenie przed egoizmem i zaślepieniem w innych wpływowych kręgach i stronnictwach, które uważały jedynie siebie za rdzennie polskie i do cna patriotyczne, odmawiając tego samego reformatorom. A skończyło się przegraną i reformatorów, i sił pragnących zachować status quo, czyli państwo tylko dla siebie.

Upadek niezawisłego państwa naznaczył naszą dalszą historię. Konstytucja Trzeciego Maja stała się jednak symbolem polskich aspiracji niepodległościowych i w tym sensie pozostała żywa.

Oficjalne obchody kolejnych rocznic jej uchwalenia były możliwe dopiero w Polsce międzywojennej, zostały zakazane w Polsce Ludowej właśnie z powodu jej symbolicznego znaczenia. Wolno je było świętować tylko zaraz po wojnie i w czasie „karnawału Solidarności”. Skromne i nieliczne obchody pod policyjną obserwacją zdarzały się dzięki nielicznej opozycji prodemokratycznej różnych orientacji polityczno-ideowych, lecz połączonej dążeniem do niepodległości i poszanowania praw i swobód obywatelskich. Wróciły po 1989 r., ale o lekcjach płynących z historii naszej pierwszej konstytucji rozmawiamy za mało.

Skupiamy się na obrzędzie, celebrze i wywczasach, a mniej na głębszej refleksji, zwykle od święta albo na doraźny użytek w sporze: co dziś oznacza polskość i patriotyzm, poszanowanie prawa, w tym obecnej konstytucji, demokracja w działaniu, przynależność do Zachodu, w tym do Unii Europejskiej; gdzie dziś przebiega granica między rywalizacją stronnictw politycznych a destrukcją debaty publicznej w polityce, mediach i społeczeństwie.

Słowem, co dziś oznacza „błogi raj” dla Polaków? Bo chyba nie politykę doszczętnie spalonej ziemi, na jaką nastawił dziś PiS Jarosław Kaczyński. Wypromowany przez niego prezydent ogłosił właśnie, a jakże – 3 maja roku bieżącego – skład „rady nowej konstytucji” (m.in. J. Przyłębska i inne związane z PiS osoby). Taki skład nie pozwala inicjatywy Nawrockiego traktować poważnie. Nie będzie „nowej” konstytucji, tylko pisowsko-nacjonalistyczno-katolicka. Uszyta pod autorytarny system prezydencki.

Ale spokojnie: jak na razie, dzięki obecnej konstytucji, demokratyczno-obywatelskiej, do zmiany ustawy zasadniczej potrzeba większości parlamentarnej, której PiS, nawet wraz z dwoma innymi prawicami, nie zdobędzie.

Reklama