Grzebanie w korzeniach

Ministrów ocenia się za działalność urzędową, a nie za pochodzenie narodowościowe. W takiej Wielkiej Brytanii np. w skład rządu centralnego wchodzą osoby pochodzenia azjatyckiego, a liderem opozycji jest dziś osoba czarnoskóra. Naturalnie wszyscy mają obywatelstwo brytyjskie i urodzili się na Wyspach. I to jest w społeczeństwie zróżnicowanym etnicznie i kulturowo rzecz normalna i pożądana z uwagi na równość praw obywatelskich.

Ale u nas, choć też nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy społeczeństwem monolitycznym pod tym względem, mamy nagonkę na jednego z ministrów obecnego rządu, urodzonego w Warszawie polskiego obywatela o ukraińskich korzeniach. Lustratorzy pytają, czy rządzą Polską Ukraińcy. Znaleźli się i tacy, którzy chcą lustrować polskie urzędy pod kątem narodowości osób w nich zatrudnionych. Niesie ich fala antyukraińskiej histerii rozpętanej przez nacjonalistyczną prawicę w polityce i części mediów.

Hasło do lustracji dała dziennikarka jednej z mainstreamowych stacji telewizyjnych sympatyzującej z prawicą. Sama nosi nazwisko pochodzenia wschodniosłowiańskiego, wywodzące się z hebrajskiego. Powinna była się zastanowić, jaką puszkę Pandory otwiera. Mniejsza z tym, że nagonka może uderzyć też w samych instygatorów. Zwrócił na to uwagę w środę premier w Sejmie: ileż z niemiecka brzmiących nazwisk występuje w trójgłowej prawicy: Braun, Mentzen, Schreiber, Mueller itd. A przecież wszyscy oni podpisują się pod mantrą Kaczyńskiego o „bucie niemieckim”.

Mnie bardziej niepokoi historia Grzegorza Gaudena, autora książki o pogromie na Żydach lwowskich u początków odrodzonej w 1918 r. Polski. Na stacji benzynowej został zaczepiony przez nieznanego mu osobnika za przypinkę z flagami polską i ukraińską, którą nosi w klapie. Osobnik zwymyślał go od „banderowców”, później zatelefonował do kogoś: „tu siedzi, skopcie mu jaja i wybijcie zęby, to rozkaz”. Gauden wyciągnął swój telefon i zaczął natręta filmować. Wtedy osobnik uciekł.

Tak to się zaczyna: najpierw szczucie, obelgi, groźby karalne, potem rękoczyny. Najpierw pojedyncze zaczepki, później pogrom. A winowajcy na swobodzie i trolle moskiewskie na tyłach zacierają ręce. Dziennikarka może zadawać pytania, ale nie insynuować. Minister ma prawo i tytuł do prywatnych opinii wypowiadanych w mediach. Przecież to prawda, że UPA i AK walczyły ze sobą, a jednocześnie obie formacje walczyły o niepodległość swoich krajów. Po klęsce Niemiec hitlerowskich został jeden wspólny wróg: Sowiety. Jest absurdem wzywać ministra do ustąpienia za refleksję historyczną o tragicznych skutkach konfliktu polsko-ukraińskiego.

Grzebanie w korzeniach musi się kojarzyć z nazizmem i ustawami norymberskimi, a w naszej najnowszej historii z akcją Wisła i antysemicką kampanią marcową. Insynuacja, że obecny rząd nie służy polskim interesom, to oszczerstwo na potrzeby bieżącej walki politycznej. Nacjonaliści próbowali dotąd przedstawiać rząd Tuska jako podwykonawców polityki niemieckiej i unijnej.

Teraz znaleźli nowy pretekst do szczucia i prób delegitymizacji: rządzą Polską Ukraińcy. Absurdalny? Niepoparty żadnymi dowodami? Nie szkodzi. Liczy się jedno: obalić Tuska. Cel uświęca najbardziej niedorzeczne środki. Można wciskać ludziom wszystko, a kiedy odzew jest silny, przedstawiać swoją brudną robotę jako odpowiedź na oburzenie społeczne, które sami prowokują. Tragicznego węzła w historii obu narodów na pewno w taki sposób się nie rozwiąże.

Na szczęście słychać też rozważne głosy rozsądku: list sześciu ludzi dobrej woli, w tym działaczy pierwszej Solidarności, przestrogę przed plemienną solidarnością pióra prof. Andrzeja Romanowskiego: „odebranie orderu Zełenskiemu, prezydentowi kraju walczącemu z Rosją, także w sprawie Polski i Europy? Odebranie orderu naszemu sojusznikowi? Potraktowanie go jak wroga? To w stosunkach międzynarodowych byłby akt bezprecedensowy, jednoznacznie obraźliwy”. Też tak myślę. Krew przelana na Wołyniu powinna być zaczynem nowego myślenia o stosunkach między naszymi krajami w obliczu imperializmu rosyjskiego.

Reklama