Jeszcze łacina nie umarła

Paneuropejskie stowarzyszenie Via Nova proponuje, by język łaciński uznać za oficjalny język Unii Europejskiej. Nie widzę realnej szansy, by tak się stało, ale lubię takie ekscentryczne pomysły. Wbrew pozorom nie chodzi tu o macki Watykanu, lecz o alternatywne podejście do kwestii europejskiej tożsamości.

Bo czyż łacina nie jest w istocie wyjątkowym produktem Europy? Niby umarła wraz z upadkiem imperium rzymskiego, a przecież jego język, łacina właśnie, wciąż żyje. Nie tylko w terminologii naukowej, w literaturze i sztuce, oczywiście w teologii, lecz także w komunikacji potocznej. Na codzień wciąż używamy łacińskich słów i zwrotów, mimo że łaciny nie znamy w takim sensie, jak choćby angielskiego. Co ciekawe, łacina przeniknęła nawet do współczesnej kultury masowej, w tym do popularnych seriali filmowych, na przykład ,,Lost’’ czy ,,Spartacus’’, których bohaterowie chwilami mówią w tym języku.

Mało tego: są stacje radiowe nadające od lat audycje po łacinie. Sam odwiedziłem redakcję łacińską finlandzkiego nadawcy publicznego. Przygotowywała regularne serwisy informacyjne po łacinie (,,Nuntii latini”) dla miłośników tego języka na całym globie, nadawane na falach krótkich. I znów wbrew pozorom potencjał językowy klasycznej łaciny wystarcza, by tworzyć neologizmy na oznaczenie idei, rzeczy i wynalazków, które pojawiły się w późniejszych wiekach aż do naszej ,,postmodernistycznej’’ (słowo wzięte wprost z łaciny) epoki.

Dziś rolę języka globalnego (lingua franca) pełni angielski w wersji amerykańskiej lub brytyjskiej. Rywalizuje z nim hiszpański (wywodzący się z łaciny, podobnie jak inne języki rodziny romańskiej). Indie i Chiny, należące do najstarszych kultur i tworów państwowych na naszej planecie, w tej konkurencji nie zdołały wystartować. Podobnie jak rodzina języków słowiańskich, w tym ruszczyzna.

Nie powiodła się też próba z esperanto i innymi sztucznie stworzonymi językami, które miałyby spełniać rolę pomocniczego środka komunikacji globalnej. Próbę z esperanto jako językiem międzwojennej Ligi Narodów, prekursorki ONZ, storpedowała Francja zazdrosna o status swego języka narodowego jako języka światowej dyplomacji.

To napięcie między zazdrością o ponadnarodową rolę własnego języka narodowego a naciskiem globalizacji też trwa od conajmniej XIX wieku. Komisja Europejska sonduje właśnie, czy wspólnota zgodziłaby się na przygotowywanie unijnych dokumentów w języku angielskim zamiast, jak dotąd, we wszystkich językach państw członkowskich. Francja i Włochy nie są zachwycone, choć korzyść – oszczędność wydatków i funduszy – wydaje się ewidentna.

Jak zawsze zatem, do gry wchodzą ambicje, interesy i polityka. Wielka Brytania opuściła Unię, uprawia swoją politykę ,,specjalnych relacji’’ z USA, które dziś otwarcie wymuszają na Unii ważne decyzje, to czemu Unia miałaby jeszcze nadawać status uprzywilejowany językowi ojczystemu Trumpa? Ale z drugiej strony i tak nie mogą się go pozbyć, bo angielszczyzna od XX wieku czy nam się to podoba czy nie, jest i pozostanie w przewidywalnej przyszłości tym, czym przed wiekami była łacina w świecie śródziemnomorskim. Wygrała w tej rywalizacji z greką, arabskim, językami romańskimi. Żaden język nie zdobył takiego wpływu na cywilizację ludzką.

Niemniej jednak, czuję sympatię do takich lingwistycznych nonkonformistów jak owo słoweńskie stowarzyszenie Via Nova. Paradoks naszego powojennego losu zrządził, że w latach szkolnych i uniwersyteckich uczyłem się łaciny w Polsce odciętej od wolnego świata murem berlińskim. Moi nauczyciele byli wymagający, ale bez przesady. W liceum łacinnik musiał być imigrantem ze Lwowa, ale nic o tym nie opowiadał. Deklinacji i koniugacji trzeba się było uczyć na pamięć, czytanki tłumaczyć na literacką polszczyznę. Wkuwałem więc dość chętnie, czując, że to nie jest pozbawione sensu, choć takim mogło się wydawać w PRL i w ogóle w epoce Beatlesów, na których przebojach uczyliśmy się z prawdziwym zapałem języka wrogich rzekomo imperialistów.

I faktycznie nauka nie poszła w las. Pomagała uczyć się francuskiego, hiszpańskiego, włoskiego. A że nauka każdego języka jest też furtką do historii, kultury i cywilizacji jego kraju, korzyść była podwójna. Mam duszę filologa, a zawód dziennikarza, bardzo przydatna kombinacja. Jako publicysta i obywatel jestem po stronie paneuropejskiej, choć wiem doskonale, że jedność Europy to wciąż projekt w budowie, a ostatnio w turbulencji.

W PRL nic o tym nie wiedziałem. Obowiązywała linia, że tylko jedna wspólnota, współpraca i integracja jest zgodna z duchem czasu i potrzebami Polski – ta w ramach RWPG i Układu Warszawskiego pod przewodem ZSRR. Szybko się zorientowałem, że niekoniecznie. Że istnieje alternatywa, do której niektórzy Polacy aspirowali. A gdy się zmaterializowała, inni Polacy z niej się nie cieszyli. Tak mamy, że mądrzejemy dopiero po szkodzie. Disce puer latinae, ego te faciam mościpanie. Kto to powiedział, koteczku?

Reklama