Urodziny z Thomasem Sanderlingiem
Tradycyjny koncert urodzinowy Sinfonii Varsovii w Operze Narodowej poprowadził w tym roku członek znanego klanu dyrygenckiego, najstarszy syn Kurta (z pierwszego małżeństwa) – Thomas.
Kurt miał trzech synów: z drugiego małżeństwa Stefana i Michaela, także dyrygentów. O ile jednak ci młodsi urodzili się już po powrocie ojca do Niemiec, to Thomas przyszedł na świat jeszcze w Nowosybirsku. Ma 83 lata, był w dobrych osobistych kontaktach z Szostakowiczem i Wajnbergiem. Tego drugiego światową premierę opery Idiota poprowadził w 2013 r. w Mannheim. Z Szostakowiczem był zaprzyjaźniony jego ojciec, ale i on sam: kompozytor powierzył mu niemieckie prawykonania swoich XIII i XIV Symfonii, zezwalając, by także on dokonał tłumaczeń tekstów obu dzieł na niemiecki.
Sinfonia Varsovia, jak widać, też powróciła do repertuaru rosyjskiego, ale w szczególnym kontekście i pod batutą człowieka, który dokładnie wie, o co tu chodzi. Wydawałoby się, że uwzględnione w programie dzieła – Symfonia klasyczna Prokofiewa na początek i IX Symfonia Szostakowicza zagrana na koniec – należą do bardziej błahych w ich twórczości. Ale tak nie jest. Uroczy utwór Prokofiewa był swego rodzaju eskapizmem, oderwaniem się od brutalnej rzeczywistości – powstawał podczas bolszewickiego przewrotu, jeszcze przed wyjazdem kompozytora z Rosji. Może dziwić takie zestawienie, ale są jeszcze dziwniejsze, np. lekkie, jazzujące Concertino Władysława Szpilmana pisane w getcie warszawskim. W każdym razie gdy słuchamy Klasycznej, nie pamiętamy o kontekście, i chyba w tym wypadku nie musimy. Sanderling poprowadził pierwszą część dość wolno – zwykle się ją zapędza, ja też wolałabym trochę szybciej, ale za to można było śledzić zabawę motywami. Dopiero finał był szybszy, ale też z umiarem. Całość miała wiele wdzięku.
Koncert wiolonczelowy Wajnberga był z kolei bardzo śpiewny i łagodny; pięknie zagrał partię solową Marcel Markowski (był pierwszym w Polsce, który dokonał nagrania tego utworu). To muzyka elegijna i chwilami bardzo żydowska. Rozpoczęty w strasznym dla kompozytora 1948 r., mógł zostać ukończony i wykonany dopiero 8 lat później.
Procession for Peace Andrzeja Panufnika z 1983 r. to dzieło okolicznościowe przeznaczone do wykonania plenerowego, dlatego też przybrało formę marszu, co może jest trochę paradoksalne, ale dyrygent poprowadził rzecz bardzo dostojnie. Ładne harmonie, jak zawsze u Panufnika. Nadspodziewanie pasowało do kontekstu, choć jest stylistycznie inne od reszty, powstało też dużo później. Łącznikiem jest tu jeszcze fakt, że Panufnik z Wajnbergiem znali się ze studiów warszawskich – ten drugi wziął udział w prawykonaniu Tria tego pierwszego.
I wreszcie IX Symfonia Szostakowicza. Zawsze była i pozostaje do dziś moją ulubioną z jego symfonii, co chyba coś też mówi o mnie (nie lubię pompy), ale też wynika z tego, że często słuchałam jej w dzieciństwie i odpowiadał mi jej specyficzny humor, którego zresztą wtedy jeszcze do końca nie rozumiałam. Co mały dzieciak mógł wiedzieć o sarkazmie i o tym, co jest pod spodem tego dzieła – wiedziałam tyle, że pierwsza, trzecia i piąta część są śmieszne, druga smutna, a czwartej się bałam. Dopiero po latach dowiedziałam się, jak Szostakowicz zagrał na nosie Stalinowi i stalinowcom, pisząc taką symfonię na koniec wojny, choć zapowiadał wcześniej socrealistyczną, triumfalistyczną kobyłę z chórami jak u Beethovena – i jaka to była wtedy odwaga (oczywiście wykonywania dzieła zakazano na dłuższy czas). I ten cyrkowy marsz w finale, jakby kpina z pochodów pierwszomajowych czy parad zwycięstwa. I mistrzostwo instrumentacyjne (np. niesamowita rola fagotu, który z dramatycznego recytatywu IV części przechodzi do zabawnego tematu finału). Sanderling poprowadził tę symfonię z pełnym zrozumieniem, a Sinfonia Varsovia zagrała ją po prostu wspaniale i szkoda, że publiczność nie zrobiła stojaka, choć trochę osób wstało. Za to było niestety dużo klaskania między częściami i hałasujące dzieciaki.
Przed koncertem pojawił się na scenie dyrektor SV Janusz Marynowski oraz przedstawiciele miasta: prezydent Rafał Trzaskowski i wiceprezydentka Aldona Machnowska-Góra. Ogłosili parę wiadomości. Podpisana została umowa o współprowadzeniu orkiestry przez MKiDN, w związku z czym do budowy sali do 870 mln od miasta ministerstwo dołoży 200 mln. Na razie kończy się remont tego, co jest. Ogłoszone też zostało, że Szalone Dni Muzyki nie będą się już odbywać w Operze Narodowej – podobno mają tu być remonty. Słyszę, że w tym roku już odbędą się w siedzibie SV na Grochowskiej – w tych paru kameralnych salach, które będą do dyspozycji, i prawdopodobnie też w namiocie; nie będzie więc takiego rozmachu, za to rozciągną się na kilka dni, bo terminowo orkiestra nie musi już się dostosowywać do harmonogramu teatru. Zobaczymy.
Komentarze
Jest program Chopiejów: https://festiwal.nifc.pl/pl/2026/kalendarium
Mocne, mocne.
Tylko dlaczego skrzypaczka Chouchane Siranossian miałaby grać akurat wiolonczelową wersję sonaty Francka? 😉
Hihi, no rzeczywiście 😀
Ale jakoś bardzo ubogo, tylko jeden koncert dziennie, góra dwa.
Tak, Siódemko, to zasadnicza zmiana. Z mojego punktu widzenia jednak na lepsze, bo można być na wszystkim (czy niemal wszystkim) bez padania na nos. Akurat ja słyszałem już w FN wszystkie zagraniczne orkiestry zaproszone w tym roku (z Montrealu, Pittsburga i Amsterdamu), było to jednak tak dawno, że chętnie powtórzę tę przyjemność – zwłaszcza że (mimo tradycyjnych przeciążeń serwera) nienajgorzej udało mi się dziś z biletami 🙂
Ścichapęku, czy Tobie też od początku pokazywał się „Brak miejsc” na koncert orkiestry z Pittsburga z Brucem Liu? Serwery dopuściły mnie do stołu z biletami około 10:20 i już wtedy miałem taki komunikat. Z jedenastu koncertów, którymi byłem zainteresowany, tylko w tym przypadku nie było miejsc. Teraz widzę, że nie ma też już miejsc na Erica Lu i Tianyao Lyu, ale wtedy będę w rozjazdach, więc podczas gorączkowych zakupów nie sprawdzałem tam sytuacji.
@Jazzmaniak – to może powiem, jak było w kolejce: ok. 10.30 zblazowanym krokiem (?) podeszłam do kasy, żeby się dowiedzieć, że na Bruce’a biletów już nie ma. W trakcie zakupów okazało się, że jeszcze jeden bilet się jednak znalazł, ale ogólnie sytuacja nie przedstawiała się wesoło.
Jak niemal wszyscy tutaj, kocham ten festiwal i chodzę na niego od lat, dlatego pozwolę sobie na garść uwag:
1. Ogłaszanie programu na dzień (a właściwie pół dnia) przed koncertem to naprawdę niedobry pomysł.
2. Chwała NIFC za atrakcyjne zniżki, jednak trudno nie zauważyć, że w tym roku bilety znacznie podrożały, osiągając już prawie poziom FN. Kupiłam, podobnie jak w zeszłym roku, bilety na 10 koncertów (i bardzo podobną, jeśli nie taką samą, liczbę biletów) i zapłaciłam prawie dwa razy tyle.
3. Co do programu – jak przeczytałam o ‚skondensowanej formie’, to wiedziałam, że wielu naszych ulubionych (PA, Kate) pewnie na festiwalu zabraknie. OK, to się zdarza, ale muszę dołączyć do chóru malkontentów (ek): czy nie moglibyśmy laureatów K.Ch słuchać w innym repertuarze niż koncerty Chopina? Nie przepadam za Ericem Lu, nie potrafię znaleźć do niego żadnego klucza – i właśnie dlatego byłam zdecydowana pójść na jego recital. Może jednak zmienię o nim zdanie? Ale jak zobaczyłam, że wystąpi w e-mollu, spasowałam i zaczynam 25 sierpnia Sir A.Sch. 🙂
* przed startem sprzedaży, a nie przed koncertem!
Myślę, że zaproszenie tylu atrakcyjnych orkiestr w tym roku, z których dwie – Montreal i Pittsburgh – mają nawet po dwa koncerty, zdecydowanie zwiększyło budżet. Ale dobrze, że one będą.
Cieszę się też z Kantorowa, z tego, że Bruce zagra Rapsodię Racha, a nie Chopina, no i powrotu duetu Geniuszków, ale chciałabym jednak kiedyś znów usłyszeć samą Annę, bo to naprawdę osobowość.
Piszą dziś wszyscy o nowym dyrektorze muzycznym TWON, którym został, jak wcześniej było domniemywane, Yoel Gamzou. Ja poczekam do poniedziałku, aż coś powie od siebie na konferencji, i zdam sprawę.
Jak się sprawdzi, zobaczymy, życiorys ma ładny, ale pojawił się tu dzięki Tomaszowi Koniecznemu i obawiam się, że po Operze Wrocławskiej i Baltic Opera Festival byłoby to trzecie miejsce, w którym nasz bas-baryton miałby wpływ na obsady. A z tymi obsadami bywało różnie, lepiej i gorzej (gorzej np. w Holendrze).
W Warszawie jak dotąd nawet nie pozwalano jednej osobie, która oficjalnie miała to robić (Izabeli Kłosińskiej), konstruować całej obsady; główne role wybierał Mariusz Treliński, częściej na oko niż na ucho. Ostatnie wznowienie Pasażerki było jedynym chyba w tym sezonie przykładem znakomitej i wyrównanej obsady właśnie dlatego, że nikt się tu nie wtrącał. A jak będą się wtrącać wszyscy wszystkim, to niczego dobrego z tego nie będzie.
Jazzmaniaku, równo o 10:00 i przez parę następnych minut miałem jedynie komunikat zapraszający do kas (hmmm…), a potem – jak się wreszcie pojawił dostęp – zacząłem od Bruska, bo na niego bilety znikają zawsze pierwsze. Wtedy szczęśliwie jeszcze były, choć już przetrzebione. Co się działo po kolejnych minutach (a w najlepszym razie pewnie kwadransach), łatwo zgadnąć. Ale może też rzucali tu jakoś na raty, nie wiem…
@ Amma
Zgoda co do pkt 1.
Gdyby jednak Filharmonia Narodowa sprowadziła nawet TE SAME orkiestry: OSM, RCO i Pittsburgh SO – nb. ostatnia z wymienionych wprawdzie zawsze pozostawała poza „wielką piątką”, lecz obecnie plasuje się bardzo wysoko (również za sprawą dyrygenckiej klasy Manfreda Honecka) – to bilety z pewnością byłyby KILKAKROTNIE droższe…
A i w TWON czy na Festiwalu Beethovenowskim tak zdarliby z człeka skórę, że aż (nie)miło.
Festiwal ChiJE na tym tle (i chyba każdym innym u nas) wciąż pozostaje więc niedościgniony w kategorii value for money – a już zwłaszcza dla długodystansowców. Takie są fakty!
@Ścichapęk
Komunikat kierujący do kas też przez chwilę miałem, ale niemal natychmiast został zastąpiony przez wiadomość, że jestem 165 w kolejce. Po kilku minutach byłem już 90-ty, a po chwili nastąpił „server error” i żadnej kolejki już nie było. A po kilku kolejnych minutach biletów (na Bruska) też już nie było.
A skoro już tu piszę, to dodam, że wróciłem właśnie z bardzo udanego koncertu w Sali Kameralnej FN, podczas którego wykonano trzy kwintety smyczkowe z kontrabasem: Dariusa Milhauda, Katarzyny Brochockiej (polska premiera, choć utwór z 2008 r., kompozytorka była obecna) i Antonína Dvořáka. Grali muzycy FN (Agnieszka Podłucka, Aleksandra Ohar-Sprawka, Stanisław Podemski i Karol Kowal) i gościnnie Adam Siebers z SV. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie jakiś nadmiernie entuzjastyczny klakier wszczynający oklaski w każdej przerwie między częściami, i to nie od razu po wybrzmieniu muzyki, a dopiero gdy muzycy ewidentnie przygotowywali się już do kolejnej części. Niestety dołączali do niego kolejni i czar pryskał.
@Amma
Też zaczynam od Sir A. 🙂
Od której trzeba było stać w kolejce, by móc o 10:30 „zblazowanym krokiem” 🙂 podejść do kasy?
No to widać, Jazzmaniaku, miałem rano sporo szczęścia, skoro kupiłem na wszystko, co chciałem. Wiem, że zaczynanie od sir A. jest w jak najlepszym tonie, ponieważ jednak OSM (jeszcze z Dutoit) widziałem tutaj ostatnio 32 lata temu, tom się najzwyczajniej stęsknił…
Gdybym zaś nie miał alergii na kameralistykę Milhauda (być może się mylę, ale np. jego kwartety smyczkowe wydają mi się wykwitem smętnej – i co gorsza monotonnej – grafomanii), pewnie bym trochę żałował, że się nie wybrałem. Choć może z kontrabasem wychodziło mu lepiej 🙂
Bardzo podoba mi się podchodzenie do kasy “zblazowanym krokiem”. Może do zakupów online też warto podejść zblazowanym krokiem? No do tego komputera, żeby sobie nie myślal, że nam zależy.
Postanowiłam zatem, że w 2029 podejdę zblazowanym krokiem do kasy. Tylko chyba trzeba się w nocy ustawić, tak coś słyszałam! W październiku!
Czy gdzieś jeszcze na świecie są takie przygody z zakupem biletów na wydarzenia muzyki poważnej?
Bo nawet na koncert noworoczny w Wiedniu zasady sa jasno wyłożone. Jest loteria i w danym okresie można się na nią zapisać. A i Konkurs i ChiJE to już dla zaawansowanych! Gratuluję wszystkim zakupu biletów. Czy dodatkowe będą jeszcze w sprzedaży przed koncertami? Pozdrawiam serdecznie.
@ścichapęk, 22:22
Oczywiście, w pełni się z tym zgadzam (sama zresztą też napisałam o faktach) 🙂 . Wysokie (dla mnie) ceny biletów, a do tego repertuar, w którym perełki takie, jak orkiestry, które odwiedzą nas w sierpniu, zdarzają się od wielkiego dzwonu, są powodem, dla którego do FN chodzę dosyć rzadko. To samo dotyczy TWON (choć akurat na świetną „Pasażerkę” dostępny był pełen wachlarz biletów). Jasne, że CHiJE jest wyjątkowy – duże artystyczne przeżycia plus genialna atmosfera – zarazem luzu i skupienia (może to kwestia pory roku). Ta wyjątkowość obejmuje też politykę cenową festiwalu – PK zresztą podała już możliwy powód wyższych cen w tym roku.
@Jazzmaniak – wyrazy współczucia z powodu klakiera wczoraj. Miałam ten koncert na oku od dawna, ostatecznie nie mogłam pójść, ale to zawsze boli, jak na sali siedzi ktoś tak wyrywny. Tak czy siak, dziękuję za relację – a w kolejce staliśmy od przed 8, tyle że zmieniliśmy się po drodze 🙂 . Pierwsze osoby przyszły chyba o 6, ale też na zmiany.
@Auditor – nie ma co porównywać kolejek po bilety na konkurs i na festiwal, to są jednak dwa zupełnie różne szmergle 😉 Podziwiam Pani determinację i miłość do konkursu. Na pewno trzeba stanąć w nocy – reszty nie wiem, bo nigdy nie byłam częścią tej kolejki 🙂
Ha ha, nigdy nie byłam na Chopinie i jego Europie, ale zawsze podziwiałam program i jakość wydarzeń. No i długość tego programu. Szybkość sprzedania biletów na powiedzmy najbardziej znanych i lubianych artystów też robi wrażenie. I tym razem też podoba mi się program. Orkiestry które zagoszczą w Warszawie słyszałam gdzie indziej, niemniej jednak gdybym wtedy była w Warszawie, to na pewno zechciałabym pójść. Nie tylko na te wizytujące orkiestry, ale są ciekawe osoby z ostatniej edycji Konkursu. Zazdroszczę Państwu, oczywiście w dobrym sensie, takich wspaniałych wydarzeń.
Pozdrawiam.
@auditor 4:51 „Czy gdzieś jeszcze na świecie są takie przygody z zakupem biletów na wydarzenia muzyki poważnej?”
Czy na świecie są fizyczne kolejki po bilety? Bez przygód, po prostu czy ktoś przychodzi do kasy w dniu uruchomienia sprzedaży? Bo, że trudno kupić bilety online wiem.
Parę dni temu testowałam kupienie rush tickets do MET: minutę po uruchomieniu sprzedaży były (wyrzuciłam z koszyka jak złowioną rybę) a trzy minuty po już nie. Gdzie te czasy, kiedy stałam 2 godziny w kolejce? Teraz już nie sprzedają w kasie.
Dziś punktualnie o 10 zaczęłam klikać, po niedługiej chwili byłam 65 w kolejce, po minucie 35, po kolejnej 15 aż … kupiłam 11 biletów 🙂 Faktycznie droższe niż w zeszłym roku, ale za najtańsze ulgowe miejsca (w przejściu na otarcie łez) zapłaciłam 370 zł. Mogło być duuużo gorzej.
A propos nominacji Yoela Gamzou, o której już głośno: czy gdzieś tam za kulisami nie czai się niejaki Grzegorz Braun z gaśnicą? Nie, to nie trywialny żart, nawet nie ponury żart.
@ jrk – na razie nie, zresztą oficjalnie jest Amerykaninem, ale sama myśl o czymś takim jest potworna.