W Tykocinie, w Tykocinie…
…po raz pierwszy dotarłam na Festiwal Muzyki Żydowskiej im. Rywki Tiktiner (odbywający się już po raz trzeci), niestety dopiero na sam finał. A program był w tym roku bardzo ciekawy i świetni wykonawcy.
O Rywce Tiktiner wiemy bardzo niewiele i mimo że jej nazwisko pochodzi od Tykocina, to najprawdopodobniej, jak to wyraziła się moja siostra, jej noga tu nie postała. Tutaj tekst Belli o patronce (matronce?) festiwalu; na dzisiejszym popołudniowym spotkaniu w Domu Talmudycznym (gdzie mieści się dziś muzeum miejskie), które poprowadziła Karolina Cicha, autorka świetnej płyty Jidyszland (2015), ten temat został rozwinięty, a na koniec była niespodzianka muzyczna: czytanie fragmentu z pism Rywki Tiktiner z akompaniamentem fortepianu.
Jednak związek z tematyką tego blogu miał przede wszystkim koncert, który miał miejsce w Wielkiej Synagodze. Grała skrzypaczka Maja Horvat z pianistą Josephem Havlatem. Pamiętam ją jeszcze z I Międzynarodowego Konkursu im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, gdzie otrzymała III nagrodę oraz nagrodę za najlepsze wykonanie utworu patrona. Dwa lata temu z kolei powróciła do Katowic i zdobyła również III miejsce na Międzynarodowym Konkursie Skrzypcowym im. Mieczysława Wajnberga, Jest Słowenką, ale działającą obecnie w Wielkiej Brytanii; podobnie pianista, który z kolei pochodzi z Australii.
Powtórzę moją opinię sprzed lat, że skrzypaczka jest bardzo muzykalną osobą, ale i dziś czasem brzmiała bardzo cicho i widać było, że z premedytacją. Łagodny, spokojny początek V Sonaty Wajnberga kontrastował z niepokojem pozostałych części. Szymanowski też był: trzy Pieśni kurpiowskie z cyklu na głos i fortepian, w transkrypcji samego pianisty (bardzo ciekawej, bo wykorzystującej skrzypce nie tylko do oddania śpiewanej melodii). I na koniec późna Sonata na skrzypce i fortepian op. 158 Szostakowicza, również z kontrastami nastrojów i też, jak u Wajnberga, pełna niepokoju – cóż, taki czas i miejsce.
Kuratorka imprezy Maria Sławek (a właściwie współkuratorka z Lilianną Krych) w słowie przedkoncertowym ogłosiła, że Festiwal dostał dofinansowanie od razu na trzy lata, więc wiadomo, że kolejne dwa również się odbędą. Zwłaszcza że gospodarze są tu bardzo przychylni i chętni, by gościć tę imprezę w pięknym miasteczku, które całe jest pomnikiem historii – niczego tu nie można ruszyć bez konserwatora. Trzeba powiedzieć, że jest pięknie odnowione i przyjemnie po nim spacerować, tyle że na dobrą sprawę już po południu kompletnie zamiera. Mieliśmy dziś kłopot, żeby gdzieś się pożywić, bo wszystkie restauracje były zarezerwowane na przyjęcia komunijne. Ostatecznie dotarliśmy do stoiska z burgerami, gdzie zjedliśmy grillowane halloumi z frytkami i sałatką, a towarzyszyła nam niekończąca się (zapętlona zapewne) piosenka o tym, jak to przyjaźnie się wiążą przy grillu w Tykocinie, jaka tu świetna zabawa i w ogóle. Trochę to było zabawne na tak pustej ulicy, ale też miłe w swoim patriotyzmie lokalnym.