Sen w kurorcie
Wspaniała muzyka Bohuslava Martinů, surrealistyczny, a przy tym proroczy tekst, dobre wykonanie muzyczne i pomysłowa, choć trochę zbyt pstra inscenizacja – taka jest nowa Julietta w Operze Wrocławskiej.
Dlaczego sztuka Georgesa Neveux i oparte na niej libretto stworzone przez samego kompozytora są prorocze? Bo na swój sposób antycypują dzisiejszy świat. Dziś już nie tylko surrealizmem jest wizja społeczeństwa, które błyskawicznie traci pamięć, gdy nowsze wydarzenia natychmiast przygłuszają dawniejsze, już obrobione przez media – także społecznościowe – i w związku z tym już niewarte przypominania. Z drugiej strony całkowicie aktualna jest tendencja do ucieczki przed rzeczywistością w sen, prawdziwy lub sztuczny, narkotyczny. Bardzo współczesny problem pobrzmiewa też w scenie, gdy tytułowa Julietta wraz z ukochanym, głównym bohaterem Michelem, spotykając Sprzedawcę Wspomnień podchwytuje wspomnienia z Toledo i Sewilli, ze wspólnej podróży, która nigdy się nie odbyła. Wcale nierzadko zdarza się, że ludzie konstruują na swoich profilach atrakcyjne wydarzenia, które tak naprawdę nie miały miejsca albo się w nich nie uczestniczyło, a zdjęcia wzięte są skądinąd – co wynika z potrzeby uatrakcyjniania własnego obrazu.
O tym wszystkim autorzy jeszcze nie mogli mieć pojęcia, choć jakoś to być może przeczuwali. W każdym razie muzyka idealnie oddaje atmosferę i klimat sztuki – i, co ciekawe, mimo swej oryginalności czerpie z wielu źródeł. Harmonicznie wielokrotnie pobrzmiewa Strawiński, taki pomiędzy Ognistym ptakiem a Pietruszką, ale też neoklasycyzm w typie Grupy Sześciu czy Aleksandra Tansmana (przypominają się jego opery). Sceny miłosne – nie tylko arie Julietty, ale też duety – wiele biorą z Peleasa i Melizandy Debussy’ego, o czym wszyscy wspominają, ale szczególnie zaciekawiło mnie to, o czym chyba nikt nie napisał: nie dokładnie muzyczne, lecz treściowe, parodystyczne nawiązanie do Carmen w momencie konfliktu bohaterów: gdy Julietta wyśmiewa Michela i mówi ze wzgardą „Laissez-moi passer”, Michel walczy o nią emocjonalnie jak José, a scena kończy się strzałem – zabójczym, o ile we śnie można zabić.
Muzyka i treść ma swoje tempo, inscenizacja nie całkiem je oddaje. Pierwszy akt rozgrywa się w nadmorskim kurorcie, który w tej inscenizacji od początku jest miejscem szalonym, tymczasem to szaleństwo powinno narastać od początkowych drobnych odchyleń od normy. Tu od samego początku jest gęsto od wydarzeń, od barw, od strojów, na widok których przypomina się dziecinna wyliczanka „raz rybki w morzu brały ślub” – syrenka, zwariowane kraby czy meduzy i właśnie rybki. Trochę się w tym wszystkim gubimy. Dobrą jednak koncepcją jest „normalny” wygląd pary głównych bohaterów, no i oczywiście skrajny kontrast, jaki widzimy w ostatnim akcie, gdy zamiast samych snów zapoznajemy się z ich maszynerią.
Muzycznie, a przede wszystkim wokalnie jest naprawdę nieźle. Ujmują główni bohaterowie: Maciej Kwaśnikowski jako Michel oraz tytułowa Julietta – Kamila Dutkowska (prywatnie córka mezzosopranistki Doroty Dutkowskiej, która w tym spektaklu śpiewa w drugiej obsadzie, oraz siostra Andrzeja Filończyka). Związani z Operą Wrocławską śpiewacy dzielą się ze świetnym efektem między kilka postaci: Aleksandra Opała, Eliza Kruszczyńska i Łukasz Rosiak mają po trzy role (a także gościnnie Grzegorz Szostak), Tomasz Rudnicki – cztery, a Jadwiga Postrożna – rekordowe pięć. Aleksander Zuchowicz ma tylko jedną, za to odpowiedzialną – Urzędnika w Fabryce Snów.
Moim zdaniem warto to obejrzeć, a zwłaszcza posłuchać. Choć pewnie nie wszyscy będą zachwyceni, ale trudno zadowolić wszystkich.