Bachowski naprawdę (choć nie tylko)
Świdnicka tradycja muzyczna związana z Kościołem Pokoju naprawdę wywodzi się od Bacha – odkąd kantorem był tu jego uczeń, Christoph Gottlob Wecker. Na festiwalu bywało Bacha więcej lub mniej; w tym roku więcej.
Capella Cracoviensis zdecydowała się bowiem na ambitny projekt: wykonanie (przez różne zespoły) 200 kantat Bacha rozłożone na 20 lat. A więc 10 kantat każdego roku. Do tego na obecny festiwal zaplanowano Mszę h-moll i wiele innych dzieł.
Ja słuchałam koncertów festiwalowych tylko w dniach 21-26 lipca (a festiwal przecież jeszcze się nie skończył) i z owego cyklu kantatowego usłyszałam tylko dwa wieczory w wykonaniu połączonych sił Akademii Bachowskiej (instrumentaliści) i Capelli Cracoviensis (śpiewacy); pierwszy z nich pod kierownictwem Théotime’a Langlois de Swarte (od skrzypiec), drugi – Wima Becu, puzonisty i szefa zaprzyjaźnionego zespołu Oltremontano (od pulpitu). Oba zabrzmiały z empory Kościoła Pokoju, sprzed nieużywanych organów romantycznych (zamiast nich był pozytyw), by nawiązać do czasów kompozytora, kiedy to jego kantaty wykonywano właśnie tak – na chórze. Taki powrót do korzeni, i w takiej formie mają być wykonane wszystkie.
Jest to jednak zdradliwe. Zastosowano chronologię, a więc w tym roku wykonywane są kantaty wczesne, które są karkołomnie trudne (i dlatego rzadziej wykonywane) – młody Bach starał się wówczas pokazać, co też on nie potrafi, więc mnóstwo tu kontrapunktów, chromatyzmów i uczoności; później dopiero wypracował styl, który większą prostotą, ale zarazem silniejszą emocjonalnością przemawia do szerszej publiczności. Ja osobiście ogromnie lubię i cenię te wczesne utwory, ale muszą one być wykonane idealnie; niestety oba wykonania zdradzały, że zapewne było niewiele prób. I nic dziwnego, skoro Akademia Bachowska to orkiestra festiwalowa, czyli pospolite ruszenie, które spotyka się i pracuje dopiero na miejscu. Zdarzały się, i owszem, momenty dużej urody, ale chwilami się też rozpadało. Szkoda.
Przyjechałam już po pierwszych wielkich wydarzeniach: występach Le Poème Harmonique (którego to zespołu często mam możność w ostatnich latach słuchać). W ciągu niepełnego tygodnia mojego pobytu największą atrakcją były koncerty solowe i kameralne, ale też odbyły się dwa występy „gwiazdorskie”. Pierwszy z nich pominęłam – nazwisko Philippe’a Jaroussky’ego przyciągnęło tylu chętnych do wysłuchania tego koncertu, że cóż, ustąpiłam im miejsca, woląc zachować w pamięci artystę z dawnych czasów (z relacji znajomych wynika, że nie było jednak źle, bardzo pomogła druga solistka – Gwendoline Blondeel oraz zespół Les Accents). Z zainteresowaniem za to przypomniałam sobie Julię Lezhnevą, która kiedyś regularnie występowała w Krakowie (co relacjonowałam tutaj). Wtedy była młodą dziewczyną o urodzie rosyjskiej laleczki i głosie okrągłym i dźwięcznym jak flecik. Teraz ma 36 lat i głos bardzo mocny, momentami może nawet za – dwie arie koncertowe Mozarta były trochę zbyt masywne jak na mój gust. Natomiast arie Hassego oraz bisy Vivaldiego i Haendla przypomniały już o dawnej Julii i jej wirtuozerii.
Jednak najwięcej wrażeń przyniosły instrumentalne recitale. Oczywiście przede wszystkim – jak w zeszłym roku – Théotime’a Langlois de Swarte, który pokazał się dwa razy w tym samym repertuarze, ale w dwóch różnych miejscach – i były to skrajnie różne koncerty. Na Zamku Górka w Sobótce, w niewielkiej sali z publicznością wokół, było blisko i intymnie. W Kościele Pokoju, z wyciemnionym światłem i solistą grającym znów na chórze, było wręcz mistycznie, a już zwłaszcza w obu wielkich „transowych” dziełach: Passacaglii Bibera i Chaconne Bacha. Wszystko z szerokim oddechem, z emocjami, ale też z rozwagą. Publiczność całkowicie wypełniła wnętrze, łącznie z estradą, na której ustawiono krzesła, i słuchała w niezwykłej ciszy.
Rewelacją był też klawesynowy recital Macieja Skrzeczkowskiego – niestety tym razem publiczności było dużo mniej; zapewne dlatego, że dla niektórych niedziela wieczór to był już powrót do domu, a ponadto w radiowej Dwójce była transmisja. Tu dodam, że bardzo szkoda, że niezwykle interesujących rozmów z wykonawcami transmitowanych koncertów, które nadawane są w przerwie, Dwójka nie zawiesza potem na stronie, żeby można było się z nimi zapoznać również po koncercie. Podobno wyjaśnił tym razem, dlaczego tak, a nie inaczej zbudował swój program, dość długi zresztą (więc trochę ludzi wyszło też w przerwie) – byłabym ciekawa. Mnie samej wydawało się z początku ryzykowne łączenie Louisa Couperina z Frobergerem, Tomkinsem czy Byrdem, ale okazało się, że nie było to rażące, a przemyślnym zabiegiem było utrzymanie całej części w jednej tonacji i tworzenie w ten sposób dużej suity: pierwsza część w a-moll, druga w d-moll.
Sympatyczne były oba koncerty małego i z lekka improwizowanego składu Oltremontano z muzyką wczesnego baroku, jeden w dzierżoniowskiej synagodze, drugi w kościele w Pożarzysku, choć Doron Sherwin może nie był w swojej najlepszej formie. Osobnym nurtem była muzyka Brahmsa: pięknie zabrzmiały dwie sonaty klarnetowe na instrumentach historycznych w wykonaniu Róberta Šebesty i Ladislava Fanzowitza w stajniach pałacowych w Tarnawie (pałac nie istnieje, stajnie odnowione), a solista opatrzył muzykę komentarzem w uroczej polszczyźnie. Niezwykły nastrój miał też nocny koncert na dworcu w Żarowie, na którym młody baryton Jakub Borgiel z pianistką Wiolettą Fludą-Tkaczyk (grającą również na bechsteinie z epoki) wykonywali dzieła Brahmsa i Hugona Wolfa.
Szkoda było wyjeżdżać. Mówiąc szczerze, wystraszyłam się zbliżających się upałów…
Komentarze
Bardzo dziękuję za piękne sprawozdanie. Miło było znów spotkać PK et consortes. Do zobaczenia na Chopiejach
Może jednak przydałaby się pewna korekta. Czy drugi rocznik kantat lipskich uważa Pani za kantaty wczesne? W koncepcji prezentacji wszystkich kantat na Festiwalu nie zastosowano wcale kryterium chronologii, lecz numeracji wg katalogu Schmiedera, który jak wiadomo, nie porządkuje dzieł wg czasu ich powstania. Stąd też już podczas drugiego koncertu był spory rozrzut stylistyczny między jedyną, jak na razie, wczesną kantatą „Christ lag in Todesbanden” (Mühlhausen) a „Ach Gott vom Himmel” (Lipsk).
Co do wykonania : jak to mogło brzmieć w czasach Bacha, gdy muzycy (wokaliści i instrumentaliści) mieli co najwyżej tydzień na przygotowanie kolejnej kantaty? To chyba nie więcej, niż festiwalowa Akademia Bachowska.
Toteż domniemywa się, że owe wykonania kantat pozostawiały wiele do życzenia…
Ale dziś oczekujemy od wykonania muzyki Bacha jednak czegoś więcej niż takie „pospolite ruszenie”. Dość okropnie wykonano te kantaty, moim zdaniem.