Niezbędnik ukraiński

Nawet alert przeciwlotniczy może być pretekstem do ataku na rząd Tuska: bo budzi w nocy, a nie wskazuje, gdzie się schronić. Nie wskazuje, bo o tym każdy obywatel musi zdecydować sam. Mogą mu pomóc inne rządowe instrukcje przygotowane na wypadek bezpośredniego ataku na Polskę. Celem alertu jest ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem.

Naturalnie skuteczność takich ostrzeżeń będzie malała w miarę, jak zwiększała się będzie ich częstotliwość. Czytałem w „The Kiev Independent”, wiarygodnego źródła informacji, że w Kijowie, który jest teraz atakowany przez Rosjan każdej doby, mieszkańcy stolicy coraz rzadziej reagują na tamtejsze alerty. Na przykład zamiast schodzić z któregoś piętra na ulicę i do metra, zaszywają się w pomieszczeniu bez okien. Albo w ogóle nie wstają z łóżka. Ludzie przyzwyczajają się do nienormalności, bo jaki mają wybór?

Politycy solidarni z Ukrainą do nienormalności, jaką jest zawsze wojna, nie powinni się przyzwyczajać. Właśnie do Kijowa wybrał się minister Sikorski. Nie on jeden. Stolicę odwiedziła w tych dniach gromada liderów UE, a nawet – to był ich pierwszy raz w Ukrainie – emisariusze Trumpa. Rytuał przebiegł bez alertów i wycia syren, bo łaskawca Putin na ten czas zawiesił ostrzał Kijowa. Gdy wyjechali z miasta i z kraju, pociski i drony wróciły na ukraińskie niebo, siejąc zniszczenie głównie w infrastrukturze, bo taka jest teraz faza rosyjskiej agresji przed zimą. Jeden z pocisków walnął w skład pustych cystern tuż pod polską granicą, inny w lokomotywę pociągu relacji Kijów-Warszawa. VIP-y z Zachodu wracały do siebie przez Polskę innym pociągiem. Wróciły bezpiecznie.

Rytuał solidarności z walczącą z Rosją Ukrainą ma cel polityczny: pokazać Putinowi, że mimo jego gróźb pod adresem Zachodu nie słabnie w elicie brukselskiej chęć i gotowość wspierania materialnego i politycznego napadniętego kraju. Nie odłożono ad acta kandydatury Ukrainy do UE, wciąż asygnuje się znaczne fundusze na jej potrzeby. Wraz z przegraną Viktora Orbána otwarły się nowe możliwości. Z perspektywy brukselskiej nie ma innej opcji niż trwanie przy napadniętym państwie europejskim. Jest to oczywiście i perspektywa obecnego polskiego rządu. Ale jak długo? W Warszawie, Paryżu, Berlinie, Rzymie nie ma przecież pewności, czy skrajna prawica nie dojdzie, jak Hitler, do władzy drogą demokratycznych wyborów.

A wtedy rozpadnie się „koalicja chętnych” i główne państwa unijne przyjmą kurs prorosyjski (chcemy pokoju i tańszej energii). Nadzieje i projekty ukraińskie związane z Unią trafią na śmietnik historii. Orbán już nie blokuje pomocy dla Ukrainy, ale zablokują ją – ku uldze Trumpa – Le Pen, AfD, Salvini i nacjonaliści od Mentzena, Bosaka i Bruna pod auspicjami Nawrockiego. Rosja nie musi atakować Unii Europejskiej, bo zdezintegruje ją sama prorosyjska prawica, jeśli dojdzie do władzy.

Sikorski wyraził przykre zaskoczenie – rodzaj wstydu – źe podczas odwiedzin w Kijowie zorientował się, że w mediach i opinii publicznej najwięcej mówi się tam o gaśnicowym Braunie. Zabrzmiało to trochę jak pretensja, że pojednawcze wysiłki rządu Tuska budzą mniejsze zainteresowanie. Ale cóż się dziwić, gdy w tym czasie, kiedy Sikorski był w Kijowie, Braun rozbijał młotem nagrobek z nazwiskami poległych w walce z Sowietami bojowców UPA w Lubelskiem. Przekaz jasny: chwała NKWD! Notowania Nawrockiego są podobnie złe w Ukrainie jak Brauna z tego samego powodu: obaj są dla Ukraińców przykładem powrotu narracji antyukraińskiej na polskiej prawicy, włącznie z PiS, który po agresji Putina zachowywał się przyzwoicie. Tym większe rozczarowanie wśród Ukraińców.

Ich słusznej sprawie obronienia niepodległości państwa i tożsamości narodu przed zakusami wielkoruskiego nacjonalizmu na pewno nie pomagają doniesienia o korupcji na szczytach władz państwowych i wojskowych. Skrajna prawica zdobywa dzięki temu poparcie dla swego antyukraińskiego kursu w Polsce i na Zachodzie. Mimo że przez okres niepodległości Ukraina zrobiła na tym fundamentalnie ważnym polu znaczne postępy – co potwierdzają w Brukseli – kolejne skandale, i to z udziałem notabli z otoczenia samego prezydenta, mogą być gwoździem do trumny unijnych aspiracji Kijowa. Czy można z tym coś zrobić przed zamrożeniem konfliktu zbrojnego z Rosją, niech zdecydują sami Ukraińcy. Nam łatwo grać rolę komisarzy poprawności politycznej w zaciszach gabinetów nienękanych przez ataki rosyjskie.

Wracam więc na nasze podwórze. Sikorski w Kijowie zaapelował do Nawrockiego, by przestał ignorować sprawę powołania naszych ambasadorów. W tym w stolicy Ukrainy, która jest de facto stolicą w stanie wojennym, więc tym bardziej potrzebujemy tam pełnoprawnego ambasadora. Piotr Łukasiewicz zasługuje na to bez dwóch zdań. Opór Nawrockiego trudno ocenić inaczej jak celową obstrukcję, uderzającą w interesy Polski, która wciąż jest mimo wszystkich fatalnych zawirowań w naszych relacjach podporą funkcjonowania państwa ukraińskiego. Wzrost nastrojów antyukraińskich jest w Ukrainie zauważany i komentowany. Im ostrzejszy, tym ostrzej. Skrajności aktywują skrajności.

To jest całkowity manowiec w naszej polityce i obóz rządzący musi reagować szybciej i mocniej na to przestawienie zwrotnicy na prawicy w sprawie Ukrainy. Moim zdaniem wojna propagandowo-dezinformacyjna Rosji z Zachodem, w tym z Polską, jeszcze nie jest przegrana, ale jej los wisi na włosku. A to wciąż, a może jeszcze bardziej, jest nasza wojna, nie wolno nam jej przegrać ani w Ukrainie, ani w Polsce.

Reklama