„Więcej Bismarcka, mniej Hitlera”

Tak streścił linię programową AfD jeden z jej działaczy. To oczywiście zmyłka w reakcji na oskarżenia, że ta nowa siła w niemieckiej polityce kojarzy się przede wszystkim z faszyzmem i nacjonalizmem. Zmyłka polega na dwóch sztuczkach: działacze AfD podkreślają, że są demokratami i dlatego oburza ich, że inne partie odmawiają z nimi rozmowy – a przecież z każdym obywatelem warto i trzeba rozmawiać – oraz na próbie pomniejszania znaczenia epoki Hitlera, bo przecież cóż to jest 12 lat na tle wielowiekowej historii Germanii. Zamiast wciąż się kajać, Niemcy powinni być dumni, że wydali Bismarcka i tylu wielkich poetów i filozofów. Rzecz jasna ciemne strony cesarstwa niemieckiego, choćby w kolonialnej Namibii, czy kulturkampf, walka z katolicyzmem jako ostoją polskości, nie powinny być eksponowane w narodowej pedagogice pod nadzorem AfD.

AfD gotowa jest więc napisać na nowo historię Niemiec tak, aby kolejne pokolenia nie musiały już ślęczeć godzinami nad genezą, rządami i upadkiem nazizmu, a więcej czasu poświęcały wspaniałym rozdziałom historii i kultury narodu niemieckiego. Ten język przypomina lamenty naszej prawicy nad „przemysłem pogardy i wstydu”, którego głównym polem natarcia na patriotycznych Polaków jest rzekomo szantaż moralny zmuszający ich do ciągłego przepraszania za udział w Holokauście i innych zbrodniach na mniejszościach narodowych.

Tak wyobrażają sobie ideolodzy AfD radykalną przebudowę systemu edukacji publicznej i publicznych mediów pod swoimi przyszłymi rządami. W jej ramach zakaże się „sztuki antyniemieckiej” i dotowania instytucji kultury z budżetu państwa oraz niektórych organizacji społecznych działających jak „przemysł pogardy” względem Niemców. Skąd my to znamy? Oczywiście z historii III Rzeszy: punktem zwrotnym polityki kulturalnej hitleryzmu było palenie na stosie książek autorów lewicowych i antynazistowskich oraz osławiona wystawa sztuki „zwyrodniałej” w 1937 r.

Nie twierdzę, że AfD wygrało miażdżąco wybory landowe w Saksonii-Anhalt, bo jest partią neonazistowską udającą demokratyczną. Powodów było wiele. Przypomnijmy jednak, że ten land jest jednym z najmniejszych wśród 16 niemieckich krajów federalnych, najsłabszych ekonomicznie, wyludniającym się, bo młodzi szukają przyszłości w Niemczech zachodnich, a nie postkomunistycznych. Możliwe, że wyborcy głosowali na AfD pod lokalnym przewodem byłego specjalisty od klimatyzacji nie z nostalgii za nazizmem, lecz za złudną, ale jednak stabilizacją czasów NRD i z frustracji, że państwo o nich nie dba, jak kiedyś. Warto jednak pamiętać, że w elicie AfD nostalgia za „Bismarckiem” oznacza gotowość do redefinicji państwa niemieckiego i jego polityki, w tym polityki wschodniej w kierunku odbudowy przyjaznych stosunków z Rosją i wycofania poparcia dla Ukrainy walczącej z agresją Putina.

Gdyby doszli do władzy na szczeblu federalnym, Unia Europejska znalazłaby się w egzystencjalnym zagrożeniu. Co oczywiście cieszy Trumpa, Muska i skrajną prawicę w Europie, ale powinno być dla sił demokratycznych dzwonkiem alarmowym. Szczególnie durna jest euforia nacjonalistów polskich: jeśli AfD jakoś skleci rząd większościowy (brakuje trzech deputowanych, ale mogą ich podebrać z innych partii, np. bolszewizującej Sahry Wagenknecht), to Polsce nie będzie przychylny, gdyż uważają ją za większe zagrożenie niż Rosję!

Na razie AfD Republiką Federalną nie rządzi, tylko jednym, mało znaczącym landem. Rządzi nadal kanclerz Merz i koalicja, która ma trzy lata, by się ogarnąć po szoku saksońskim. Szok jest wielki i szeroko komentowany poza Niemcami, bo dotyczy sprawy zasadniczej: zmagań ze skrajną prawicą, która wszędzie manipuluje emocjami patriotycznymi i antyimigranckimi, poczuciem dumy, godności i tożsamości narodowej. Dokładnie tak jak nacjonaliści w Polsce. Nie dość zintegrowana Unia, borykająca się z Trumpem, Rosją i Chinami jednocześnie, naprawdę jest w potrzebie.

Teraz Bruksela i inne unijne stolice, w tym Warszawa, w tym wyzwaniu mogą się jednak doszukać także elementu pozytywnego: będą gromadziły doświadczenia w polityce niemieckiej, która jako pierwsza w pierwszej lidze unijnej będzie się uczyła, jak sobie radzić z nacjonalpopulistami u władzy.jest też drugi prawdopodobny bonus: mobilizacja sił nieprawicowych do wyborów za trzy lata. Mówiąc symbolicznie, szok saksoński polega na tym, że pierwszy raz od zakończenia sprowokowanej przez Hitlera wojny światowej etyczne hasło „Nigdy więcej!” nie zadziałało.

Reklama