Dziwna wojna

Już trzy tygodnie Izrael i USA z „epicką furią” atakują reżim ajatollachów, a reżim nie daje za wygraną. Skoro, jak podają Amerykanie, zniszczono blisko 8 tys. celów, przeprowadzono ponad 6 tys. lotniczych misji bojowych, zatopiono ponad 100 jednostek pływających, zabito przywódcę państwa i zdziesiątkowano wyższe kadry, a reżim mułłów nie kapituluje, tylko kontratakuje, to jest silniejszy, niż może wydawało się Trumpowi.

System ajatollachów budowany był przez prawie pół wieku, warstwa po warstwie, tak by mógł się bronić przed przewidywanymi od początku jego istnienia atakami od zewnątrz i od wewnątrz.

Prawnik Hitlera Carl Schmitt, twórca „teologii politycznej”, byłby zachwycony Iranem mułłów: za śmiertelnego wroga uznali państwo Izrael, siebie za siłę na rzecz dobra i sprawiedliwości, opozycję wewnętrzną za element wywrotowy.

Przez lata drążyli schrony i tunele na potrzeby reżimu, wieszali publicznie przeciwników, nie ustawali w próbach wyprodukowania własnej bomby atomowej. Rozszerzali wpływy, budując siatkę ochronną z różnych odmian Hezbollahu, szukając sprzymierzeńców w Rosji i Chinach, reżimach tak samo jak oni antyzachodnich. Mułłów wspierały nie tylko armie żołnierzy i „strażników rewolucji”, ale też tucząca się na nich nomenklatura i wszelkiego rodzaju beneficjenci sytemu.

Bunty społeczne przeciwko biedzie, w której żyli ludzie spoza nomenklatury, i przeciwko opresjom krwawo tłumiono, jak ten w obronie prawa kobiet do nienoszenia religijnej chusty czy ten ostatni, już jawnie antyreżimowy. W mediach globalnych pokazywano filmik z mężczyzną trzymającym wysoko nad głową fotografię syna szacha Iranu obalonego przez rewolucję islamską.

Gdzie są dziś, po trzech tygodniach nalotów, te tłumy? Drżą o życie, ustawiają się w kilometrowe kolejki po chleb i modlą o przetrwanie. Strach bywa silniejszy od pragnienia wolności. Od wybuchu wojny – formalnie niewypowiedzianej Iranowi i nazwanej specjalną operacją z pominięciem parlamentu USA – w miastach irańskich nie ustała działalność wszelkiego rodzaju policji politycznej. Prowadzone są ciągle aresztowania osób uznanych za zagrożenie dla bezpieczeństwa reżimu. Trudno więc się dziwić, że wezwanie Trumpa, aby Irańczycy sami obalili reżim, pozostało bez odzewu.

Czytam dużo relacji w mediach zachodnich na temat tej dziwnej wojny. Wiele opowieści przemycanych z samego Iranu, gdzie wciąż dostęp do internetu jest odgórnie zablokowany przez reżim. Mało w nich optymizmu co do przyszłości.

Obalenie systemu mułłów nie wygląda na prawdopodobne w najbliższej przyszłości. Więc po co ta wojna? Niektórzy porównują ją do siłowych gier komputerowych. Może i tak, ale giną w niej prawdziwi ludzie. Reżim i jego zausznicy na Bliskim Wschodzie są osłabieni, lecz wciąż zdolni do stawiania oporu. Nie tylko w regionie, ale i na Zachodzie. Furia Trumpa może okazać się ślepa.

Reklama