Proste pytanie do prezydenta

Niby drobny incydent z reakcją Nawrockiego na proste pytanie dziennikarza. Ale jest tylko jeden Polak pełniący obowiązki prezydenta RP: Nawrocki. Każde jego słowo i zachowanie publiczne śledzą nie tylko media, ale i służby wrogów Polski, aby je wykorzystywać przeciwko niej.

Nie tylko oni. Także dyplomaci państw UE i NATO. Incydent zrobił furorę w internecie. W istocie pokazał, że głowa państwa nie panuje nad emocjami. Co gorsza, nie umie jasno odpowiedzieć, jakie zajmuje stanowisko. Pokazał też to, co premier Tusk skwitował słowami o rosyjskim bagnie, w którym grzęźnie ekipa Nawrockiego.

Grzęźnie na własne życzenie, wybierając opcję realnego trumpizmu jako fundament swoich działań. Bo Trump może sobie pozwolić na bardzo wiele, a Polska nie może. Nie leży nad Potomakiem, ma już dwie wojny na karku: przede wszystkim tę w Ukrainie, po drugie tę na Bliskim Wschodzie, której skutki odczuwa już cały świat, w tym Europa, cały Zachód i Polska.

W obecnej sytuacji ślepa wiara w trumpizm i bałwochwalcza lojalność wobec Trumpa jest dla nas ryzykowna i niebezpieczna. Dla Trumpa Polska ma znaczenie, póki są w niej siły polityczne gotowe bezwarunkowo żyrować jego politykę, czyli być jego „fortem” w Europie, no matter what. Dziś jednak trumpiści nie rządzą w Polsce, a Trump nawet nie potrafi wymówić poprawnie nazwiska trumpolubnego prezydenta Polski.

Co innego Viktor Orbán: to on ma w Białym Domu Trumpa wszystkie drzwi otwarte. Trump jego nazywa największym przyjacielem i otwarcie wyzywa do jego poparcia trumpistów wszystkich krajów. I tak się stało ostatnio w Budapeszcie, gdzie trumpiści z CPAC i europejscy liderzy skrajnej prawicy – Le Pen, Abasacal, Salvini i kto tam jeszcze – manifestowali solidarność z zaprawionym w bojach z unijną Brukselą premierem Węgier. Który zarazem pozwala swemu ministrowi spraw zagranicznych na bieżąco informować Kreml o tym, co się dzieje w wysokich gremiach UE. Mamy takie powiedzenie, że wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem.

I tu zaczyna się łamigłówka polityczna. Bo oto Orbána Nawrocki popiera, choć Orbán zadaje się z Putinem, czym zasłużył sobie na miano największego sojusznika Kremla w Unii Europejskiej, co nie jest tytułem do chwały w unijnym mainstreamie, wspierającym walczącą z Rosją Ukrainą. Popiera Orbána, który jest też zdeklarowanym wrogiem tejże Ukrainy i na tym buduje swoją kampanię. I który na wiecu po spotkaniu z Nawrockim wykrzykuje: „Uczyńmy Europę znowu wielką!”. We wszystkich tych punktach Nawrocki się z nim zgadza, ale zgadza się tym samym także z Putinem. Więc co się dziwić pytaniu dziennikarza, czy mu to nie przeszkadza.

Pytanie trafia w sedno: Nawrocki nie ma na nie dobrej odpowiedzi, więc się wścieka nie na sytuację, w jakiej sam się postawił, tylko na dziennikarza. Bo przecież nie można być zarazem przyjacielem Trumpa i Putina z polskiego punktu widzenia. Wścieka się, bo Tusk zaszedł go z endeckiej flanki, wzywając do polskich obowiązków jako prezydenta Polski. Polskich, a nie węgierskich czy rosyjskich, a nawet amerykańskich. Bo kim właściwie jest Nawrocki jako przyjaciel Trumpa, który nazywa Putina swym przyjacielem? Od tego pytania ekipa Nawrockiego nie wymiga się bajkami, że można grać na obu fortepianach.

Nie musiało się to tak skończyć. Nawrocki nie musiał wpisywać się w politykę Trumpa. Nie musiał włączać się w węgierską kampanię wyborczą po stronie Orbána. Ale nie stało mu niezależności. Przed wizytą w Waszyngtonie chciał pokazać, że skoro Trump stawia na Orbána, to on też. Nadużył urzędu po raz setny, ignorując zalecenie rządu, który odradzał mu wizytę w Budapeszcie w obecnej sytuacji geopolitycznej.

Nawrocki wybrał najgorszą opcję: uwikłał autorytet Polski w grę polityczną, w której jest pionkiem, a nie hetmanem, jak mu się zdaje. Został zepchnięty do narożnika: zamiast odpowiedzieć, warknął do dziennikarza, że jest ścigany przez Putina. Nie odpowiedział, bo musiałby przyznać, że skoro wspiera Orbána, to mu zażyłość węgierskiego premiera ze zbrodniarzem wojennym Putinem de facto nie przeszkadza.

Reklama