Barbaria wciąż zabija

Bezsilny gniew mnie ogarnął na wieść o ofiarach kolejnego nalotu rosyjskich dronów i pocisków na Ukrainę. W samym Kijowie zginęło co najmniej pięć osób, a liczba rannych idzie w dziesiątki. Zginęli zwykli mieszkańcy bloku, w tym dziewczynka, a nie wojskowi. Zabijanie osób cywilnych to zbrodnia wojenna. I co na to Trump, który mówił, że gdyby to on był prezydentem, a nie Joe Biden, do wojny by w ogóle nie doszło albo zakończyłby ją w ciągu doby? Może miał na myśli coś, co światu zachodniemu nawet nie przyszłoby wtedy do głowy: że ma z Putinem „specjalne relacje” i może na nim wymóc przerwanie agresji Rosji na Ukrainę.

Po ponad czterech latach zbrodniczej „specoperacji” już wiemy, że owszem, ma słabość do Putina jako twardziela, a Putin świetnie ją wykorzystuje, ale nie ma wpływu na niego w kwestii zakończenia tej brudnej wojny. Tylko od Putina zależy, czy Rosja ogłosi przerwanie bombardowań w Ukrainie. O pokoju w normalnym rozumieniu, potwierdzonym traktatem między Rosją a Ukrainą, nie ma mowy.

Nie po to Putin szedł z Trumpem po czerwonym dywanie w amerykańskiej bazie wojskowej na Alasce – co było de facto jego legitymizacją wbrew bojkotowi Rosji i jej samowładcy – aby na niego naciskać i stawiać mu jakiekolwiek warunki dotyczące Ukrainy. Niejednokrotnie Trump naciskał za to na przywódcę walczącej z Rosją Ukrainy, za to wobec Putina zachowywał się jak petent, uwiedziony „miękiszon”, niezdolny do tego, czego oczekiwali od Trumpa Ukraińcy (dziś już przestali oczekiwać) wraz z większością demokracji zachodnich.

Oglądanie z bezpiecznej odległości scen z wojny w Ukrainie – zniszczeń, czarnych worków kryjących niewinne ofiary, zdemolowanych placów zabaw dla dzieci, szpitali, uczelni, placówek kulturalnych, domów starców – ma w sobie coś z podglądactwa. Ale nie mamy wyjścia. Musimy patrzeć, by zapamiętać.

Patrzymy na rozpacz i cierpienie, męstwo i przerażenie napadniętego narodu w poczuciu ogromnej krzywdy wyrządzonej Ukrainie przez reżim Putina z nie do końca jasnych powodów. Bo jeśli odrzucić – a trzeba odrzucić – narrację o tej wojnie oficjalnej rosyjskiej propagandy (tak często łykanej przez część prawicy w demokratycznej Europie), zostaje tylko wieloruski szowinizm, „raszyzm”, przeświadczenie, że Rosji Ukraina się po prostu należy. W rzeczywistości nie należy się jej nic, a to, co zagrabiła, stanie jej kością w gardle.

Podobno jeden dzień samoobrony Ukrainy, polegającej na zestrzeliwaniu dronów i rakiet, kosztuje ją blisko pół miliarda dolarów. Dlatego Zełenski apeluje, gdzie tylko może, o pomoc finansową. Ta pomoc Ukrainie należy się tak długo, jak będzie potrzebna.

Nie powinny być pretekstem do jej zaniechania gigantyczne malwersacje środków z Zachodu w najbliższym otoczeniu prezydenta Ukrainy. Korupcja powinna być rozliczona i ukarana, gdy wojna się skończy w stopniu pozwalającym w pełni funkcjonować państwu ukraińskiemu. To się należy darczyńcom i Ukraińcom, szczególnie poległym w obronie niepodległości.

Wznowienie nalotów na Ukrainę po trzydniowym ich zawieszeniu zbiegło się z wizytą Trumpa w Chinach komunistycznych. Podobno przywódcy dobrze się dogadują. Jednak nie na tyle dobrze, by przy okazji spotkania wezwać Putina, by wreszcie przerwał agresję. Przecież obaj mają z nim ponoć dobre relacje. Taki wspólny apel trudno byłoby Putinowi kompletnie zignorować lub wykpić, jak apele Unii Europejskiej i Watykanu.

Reklama