Szeryf czmychnął

A więc szeryf wziął i uciekł za ocean. Być może z paszportem genewskim, a może jakoś inaczej przechytrzył pograniczników UE z pomocą upadającego Orbána. Nie mamy jeszcze pewności stuprocentowej, gdzie wylądował w Stanach, ani że jego celem są USA. Czy raczej był to tylko przystanek na drodze do jakiegoś kraju, niemającego umowy ekstradycyjnej z państwem polskim. Tak czy inaczej, na razie nie dosięgnie go karząca ręka polskiego wymiaru sprawiedliwości.

W tym sensie wygrał z rządem Tuska, PiS może odetchnąć z ulgą: za tej kadencji prawdopodobnie nie zobaczymy byłego ministra doprowadzonego przed oblicze sądu. Swoje brudne tajemnice zabrał ze sobą, nie puści pary.

Jednak mylą się ci, którzy mają nadzieję, że sprawa przyschnie do przyszłorocznej kampanii wyborczej. O nie, będzie nadal przydatna obozowi demokratycznemu, który chce go w Polsce, choćby Zbigniew Ziobro czmychnął z Budapesztu na Malediwy.

Pozostanie przykładem i ostrzeżeniem, jak w systemie demokratycznym można wziąć pod but system sprawiedliwości, łamać prawo i ludzi i ciągnąć z tego korzyści dla siebie i kamratów.

Historia ministra Ziobry – najpierw jako ministra, potem uciekiniera przed odpowiedzialnością – trafi do podręczników studentów prawa i politologii. Przed nim i po nim było wielu ministrów sprawiedliwości, ale nikt z nich nie wyrządził systemowi, którym zarządzał, tylu szkód i nie zostawił po sobie tylu problemów do naprawienia. A na koniec po prostu zwiał.

Na tym szczeblu to pierwszy polski polityk, który nawarzył tyle piwa państwu polskiemu i tym, którzy go wypromowali. Na czele z Jarosławem Kaczyńskim. I to on musi teraz wypić to piwo.

Ziobro nie ma takich zasobów jak multimilioner Viktor Orbán, ale pewno liczy, że kamraci pomogą mu się jakoś urządzić na uchodźstwie. O ile się nie przeliczy, będzie mu się żyło dobrze – pod warunkiem że nauczy się języka kraju docelowego, a przynajmniej American English. Bo trudno sobie wyobrazić, że Ziobro wróci kiedyś do polityki polskiej.

Reklama