Brahms domowy
Zanim zanurzę się w koncertach Warszawskiej Jesieni, jeszcze obiecane kilka słów o albumie, który za parę dni ma premierę.
Słyszę, że zaczyna się renesans CD, podobnie jak wcześniej był renesans winyli. Po zachłyśnięciu się słuchaniem zawsze i wszędzie, nawet niekoniecznie w dobrej jakości, wracamy do postaw bardziej wymagających. Ja w każdym razie, choć wielu płyt z konieczności słucham przez kompa (i nawet czasem pisuję na tej podstawie recenzje), cieszę się, kiedy mogę wrzucić fizycznie płytę do odtwarzacza i słuchać przez dobre głośniki, wyłapując z pewnością więcej niuansów. A już zwłaszcza taką płytę.
Przy tym jestem na tyle starej daty, by preferować muzykę na żywo. Oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – różnie bywa z akustyką danego miejsca. Ale przypomnijmy sobie recital Sir Andrása Schiffa sprzed trzech tygodni. Mimo tego, że siedzieliśmy w nie takiej małej (choć też nie takiej dużej) sali koncertowej, mieliśmy wrażenie, że – jak ktoś ze znajomych się wyraził – byliśmy u niego w salonie. Ale słuchając albumu Johannes Brahms: Klavierstücke (ECM New Series) czujemy się jeszcze inaczej: jakbyśmy odwiedzili go w domu.
Schiff nagrał ten album na blüthnerze z 1850 r., a więc z czasów młodego Brahmsa, a tworząc te właśnie dzieła kompozytor na pewno mógł na takim grać. Nawet wczesna Albumblatt, niewydana i odnaleziona dopiero w 2012 r., mogła na czymś takim powstać, a cóż dopiero późniejsze utwory. Bo większość z nich pochodzi z czasu dojrzałego rozkwitu, a potem schyłku. Op. 76 kompozytor stworzył mając 43 lata, a ostatnie cztery opusy (Schiff pomija Rapsodie op. 79) – 116, 117, 118 i 119 – w wieku 59-60 lat. Zmarł mając 63; po nich jeszcze napisał dwie sonaty klarnetowe – rozbłysk jesiennego słońca – i Vier ernste Gesänge, powstałe, kiedy umierała Clara Schumann; on sam odszedł niecały rok po niej.
Wiele razy tu wspominałam, że szukałam przez lata idealnego (dla mnie) wykonania tych późnych opusów. Anderszewski jest blisko, ale nagrał tylko wybór (do czego oczywiście ma prawo). Schiff gra wszystkie po kolei i jest to zupełnie inna bajka. O ile to, co robi z dźwiękiem PA na współczesnym steinwayu, jest naprawdę zdumiewające – nie jest łatwo osiągnąć na nim taką aksamitność brzmienia i tak tym dźwiękiem przemawiać – to Brahmsowski blüthner chyba sam w sobie ma takie brzmienie, intymne, rzec można domowe – takie miały ówczesne instrumenty, że przypomnimy sobie ten, na którym grał trzy lata temu tegoż Brahmsa (tyle że op. 79 zamiast 76) Alexei Lubimov (albo steinwaya z 1875 r., na którym w 2011 r. grał I Koncert Brahmsa). Jak widać, też przyszły mi pod klawisze te same słowa: intymnie, domowo.
Wspominałam ten recital rosyjskiego pianisty słuchając tej płyty. Schiff jest w tej chwili o 6 lat młodszy niż Lubimov był wtedy, jego gra jest tu właściwie nieskazitelna, choć jakoś się odczuwa, że to gra artysta już nienajmłodszy, za to idealnie rozumiejący, o czym gra (pisząc o Lubimovie też wspomniałam o rozumieniu…). To, co nazywam mądrym graniem, to umiejętność wydobycia tych istotnych dźwięków, akcentów, właściwego pulsu (u niego nigdy nie mam wątpliwości, gdzie jest „raz”), ukrytych melodii i sensów. Absolutnie naturalna.
Będę do tego wracać. Warto.
Komentarze
Czekając na oficjalną premierę płyty Schiffa (18-go, jeśli się nie mylę) słucham od kilku dni innych nagrań, głównie wspomnianych Lubimova (kupiłem niedawno podczas ChiJE) i Anderszewskiego. Ale nie o tym chciałem napisać, będzie offtopic, choć nie całkiem, PA słuchałem na przykład w ostatnią sobotę w pociągu do Wrocławia, dokąd jechałem na dwa muzyczne wieczory. Pierwszym był spektakl w Operze Wrocławskiej, nowa (prapremiera tydzień wcześniej) opera „GenOM” z muzyką Michała Ziółkowskiego do libretta Justyny Miguły, całość zainspirowana wykładem „Geny a muzyka” mojego przyjaciela jeszcze od szkoły podstawowej, prof. Michała Witta, genetyka i pasjonata muzyki – to z nim poszedłem dawno temu w Toruniu na mój pierwszy w życiu koncert symfoniczny. Muzyka bardzo mi się podobała (jak i orkiestra, prowadzona pewną ręką przez Agnieszkę Franków-Żelazny), inscenizacja pomysłowa, libretto mniej, trochę za dużo w nim było partii objaśniających podstawy genetyki, choć być może to konieczne. A cały dramat kręci się wokół pytania „czy geniusz muzyczny można zaprogramować w genach, czy wielkiego muzyka można wyhodować?”. Opera była w sobotę, a w niedzielę gwóźdź programu całego wyjazdu: zamykająca tegoroczną edycję festiwalu Wratislavia Cantans VI symfonia Mahlera w znakomitym wykonaniu Staatskapelle Dresden pod dyrekcją Daniele Gattiego. To moja trzecia wybitna orkiestra w ciągu kilku ostatnich tygodni, po pitsburczykach i amsterdamczykach podczas ChiJE (montrealczyków na żywo nie słyszałem), więc było co porównywać. Każdy zespół inny, inny też repertuar, inna akustyka sal (NFM kontra FN), ale za każdym razem gra fantastyczna! Teraz kilka dni zasłużonego odpoczynku, tym bardziej, że właśnie wróciłem do domu z mojego pięćdziesiątego koncertu w tym roku – australijskie trio The Necks w Pardon To Tu.
Dzięki, bardzo ciekawe. Nie wybrałam się, bo różne drobne robótki zatrzymały mnie w Warszawie.
Dodatkowym, nieoczywistym, wyborem jest 10 Intermezzi w wykonaniu Goulda.
https://www.youtube.com/watch?v=lNshZQO2CO4&list=OLAK5uy_lAe3F28Yif5p59b1QUgW0WU-cr6bO4CSs
Opuścił na chwilę gardę i pozwolił wychynąć na światło dzienne swojemu romantycznemu duszkowi, który moim zdaniem zawsze w nim siedział 🙂
O tak, i to bardzo romantyczny był ten duszek. Interesujące są to interpretacje, choć czasem trochę przeinaczające: adagio zamiast andante czy odwrotnie. Czasem takie przeinaczenia kupuję, czasem nie bardzo. Nie wzięłabym może tego nagrania na bezludną wyspę, ale zawsze z ciekawością słucham.
Glenn nie byłby sobą, gdyby nie przeinaczał…
Oczywiście 🙂
Choć np. Inwencji i Sinfonii nie przeinaczał, co najwyżej eksperymentował z artykulacją. No, ale do Bacha miał stosunek specjalny.
Na spotify i idagio (i pewnie na innych serwisach też) Schiff już gra Brahmsa dla wszystkich. A ja dziwnym trafem, nie czytając komentarzy, za to grzebiąc na półkach sklepu pewnej sieci uzupełniłem kilka godzin temu moją obszerną kolekcję płyt Goulda o dwa CD z kompletem fortepianowych utworów Brahmsa, w tym te wczesne nagrania 10 intermezzi polecane tu przez Gostka Przelotem (nagrane tuż przed śmiercią Goulda ballady i rapsodie miałem już dużo wcześniej).