W domu, w teatrze i w klubie

Dziś można było też odwiedzić Park Rzeźby przy Królikarni, Osiedle Szwoleżerów i Warszawskie Obserwatorium Kultury Lab, a to w ramach Małej Warszawskiej Jesieni bardzo rozbudowanej w tym roku. Ale ja skupiłam się na dużej.

Dom Muzyki – to świetny pomysł autorstwa Michała Mendyka z Fundacji Automatophone pod egidą Filharmonii Kieszonkowej. Tym domem była w sobotę i będzie jeszcze w niedzielę siedziba Krytyki Politycznej na Jasnej, naprzeciwko FN. Zasada jest podobna do Szalonych Dni Muzyki, tylko w o wiele bardziej kameralnym wymiarze: w kilku pokojach i kuchni na przemian grają soliści (albo parę osób); każdy ma do wypełnienia pół godziny (czasem wystarczyło 15 minut): jeden lub dwa utwory. Prawie wszyscy grają po dwa razy. Publiczność przemieszcza się między pokojami według własnego wyboru.

Za sprawą znakomitych muzyków podróżowaliśmy po całym świecie. Wiolonczelista Mikołaj Pałosz zabrał nas na Alaskę (John Luther Adams, nie mylić z Johnem Adamsem od oper) i Hawaje (Leilehua Lanzilotti), co wbrew pozorom miało niemało wspólnego. Miłosz Pękala w pierwszym swoim secie pokazał nam wczesny zabawny utwór Johna Cage’a Water Walk (do czego kuchnia okazała się przydatna oraz świetną kompozycję młodego francuskiego perkusisty Jaouena Rudolfa; w drugim wystąpił jako perkusista folkowy ze skrzypkiem Mateuszem Kowalskim, który grał obery prosto od nieodżałowanego Jana Gacy (za pierwszym razem dołączył do nich kontrabasista Łukasz Owczynnikow, który sam wcześniej wykonał utwór Toma Johnsona, w którym musiał jednocześnie mówić i grać); w trzecim zabrał nas do Brazylii dzięki egzotycznym instrumentom. Anna Kwiatkowska na skrzypcach grała sonaty misteryjne, ale nie Bibera, lecz Davida Langa, który zrobił to po swojemu, z elementem repetycyjnym, jak to on (w ogóle repetycyjności i transu było dziś dużo). Z Adamem Kośmieją odbyliśmy wyprawę do Afryki poprzez utwory Nigeryjczyka Joshui Uzoigwe i Sudańczyka Alego Osmana i ich egzotyczne rytmy. Harfistka Anna Pasić wróciła do Johna Luthera Adamsa, ale dodała też utwór Brazylijki Michelle Agnes Magalhaes. Pochodząca z Kazachstanu skrzypaczka Aisha Orazbayeva przeplatała Kaprysy Salvatore Sciarrina z Fantazjami Telemanna. A pianista Kuba Sokołowski przypomniał nam Beatlesów: Blue Jay Way w opracowaniu Zygmunta Krauzego i Strawberry Fields Forever jako Nothing is Real Alvina Luciera. Oba powstały w 1990 r. na zamówienie japońskiej pianistki Aki Takahashi, która zwróciła się z nim też do innych kompozytorów. Opracowanie Krauzego nagrała na płytę, Luciera nie (ale wykonywała na koncertach), bo to, co tu najciekawsze, trzeba odbierać na żywo. Otóż utwór Beatlesów, sprowadzony do samej melodii, spowolnionej i rozłożonej na różne rejestry, jest nagrywany, a potem odtwarzany z małego głośniczka schowanego w… czajniczku na herbatę. Pianista w pewnym momencie odchodzi od instrumentu z tym czajniczkiem i tym samym z dźwiękiem, co jakiś czas lekko podnosząc pokrywkę, co dodatkowo zmienia brzmienie.

Teatr – to Nowy Teatr. Na wieczornym koncercie w pierwszej części wystąpił Hashtag Ensemble (pod dyrekcją oczywiście Liliany Krych) z pięcioma aż utworami, ułożonymi na przemian: przyjemne i konsonansowe z bardziej ostrymi i dysonansowymi. Wszystkie z elektroniką. Te pierwsze, to every thing can be seen through the prism of Oskara Tomali (mimo zastosowania mikrotonalności bardzo łągodne brzmienia, aż przypomniał się tekst z utworu Adama Porębskiego „nareszcie jakaśładna harmonia”), Presence Aleksandry Słyż (tym razem drony nie ciągłe, lecz często przerywane) i – nomen omen – Pure Bliss chorwackiej kompozytorki Sary Glojnarić. Te drugie to: I’m your body Belga Stefana Prinsa oraz Ask the Frozen Lark Andrew Evdokimova, Białorusina działającego obecnie w Polsce (tytułowy skowronek nawet pojawił się w środku). Po przerwie na wyniesienie krzeseł dla zespołu – tylko jeden utwór w wykonaniu tria Kompopolex (perkusistka Aleksandra Gołaj, akordeonista Rafał Łuc i Jacek Sotomski na keyboardzie): Kompozycja muzyczna Cezarego Duchnowskiego, wykazująca charakterystyczne dla kompozytora przewrotne poczucie humoru i wirtuozerię w aplikowaniu elektroniki. I bardzo pasująca do tego nietuzinkowego ansamblu.

Warszawskiej Jesieni Klubowo w Pardon, To Tu w piątek nie odwiedziłam, za to wybrałam się na zamknięcie soboty. Ponoć poprzedniego dnia było bardziej klubowo. Tym razem zaczęło się od zwykłego koncertu jak z głównego nurtu Jesieni: minirecitalu świetnej flecistki niemieckiej Beatrix Wagner z towarzyszeniem elektroniki, w utworach Brunona Maderny i Geralda Eckerta. Trochę wpół drogi był utwór Filipa Popielarza Silence Unleashed II z udziałem altowiolisty Konrada Janusa – osaczające dźwięki elektroniczne jak z filmów grozy w środku wyłoniły brzmienie altówki. Najbardziej klubowy był set Bydgoskiego Kolektywu Kompozytorskiego (perkusista Rafał Gorzycki, saksofonista Mikołaj Sarad i Krzysztof „Freeze” Ostrowski – live electronics): seria krótkich, kilkuminutowych Ricercarów, każdy poświęcony innemu wielkiemu jazzmanowi. Efektowny koniec wieczoru.

Reklama