Dwa maratony

Dom Muzyki tak mnie wciągnął, że i dziś tam poszłam – to był maraton nr 1. A drugi – od 17 do 22 w Instytucie Przemysłów Kreatywnych na Kamionku.

Dzień rozpoczęłam od obcowania z pięknym instrumentem – zachodnioafrykańskim balafonem w wersji chromatycznej zbudowanej specjalnie dla Huberta Zemlera. To rodzaj marimby, w której pod każdą płytką palisandrową zawieszona jest tykwa pełniąca rolę rezonatora. Brzmi to przepięknie, a gdy gra na niej tak znakomity muzyk, można wpaść w trans. I to był dopiero początek egzotyki. Mikołaj Pałosz pokazał nam kolejne eksperymenty z wiolonczelą, przede wszystkim artykulacyjne, w utworach Ravena Chacona pochodzącego z Indian Navaho oraz Chińczyka Ge Gan-ru – ciekawe i smutne, że tam awangardą stało się nawiązanie do dawnych sposobów gry na instrumentach smyczkowych, a kompozytor został za to potępiony i wydalony z kraju (było to w czasach Mao).

Najbardziej egzotyczną podróż odbyliśmy z Aleksandrą Demowską-Madejską, która w utworze pochodzącego z Kambodży Chinary Unga musiała jednocześnie grać na aktówce i śpiewać po khmersku (!), i z Adamem Kośmieją, który tym razem zawędrował w rejony arabskie (Liban i Maroko), a szczególnie zabawne w naszych uszach były arabskie nokturny (Nabil Benabdeljalil) z charakterystycznym akompaniamentem, trochę pachnące Chopinem, trochę nawet Rachmaninowem (studiował m.in. w Kijowie i Moskwie), a przy tym z czysto arabskimi gestami muzycznymi. Takich kulturowych palimpsestów słuchaliśmy jeszcze paru: Anna Kwiatkowska grała utwór Shirisha Korde, Ugandyjczyka o korzeniach hinduskich osiadłego w Stanach Zjednoczonych, a na koniec zespół pokazał nam minimalizm zbudowany na hinduskich ragach przefiltrowanych przez wrażliwość litewskiej kompozytorki Egidiji Medeksajte.

Jednak nie zabrakło też egzotyki polskiej: Kuba Sokołowski zagrał kilka młodzieńczych mazurków… Bogusława Schaeffera. No, jest to niezły wybryk, popełniony jeszcze przed studiami, w 1949 r. (jak się przypomni, co wówczas powstawało równolegle…) – chwilami jakby cień mazurków Szymanowskiego, ale ogólnie pogoń za jak największą dysonansowością przy typowo mazurkowych gestach. Przezabawne. Myślę, że i kompozytor by się dziś ubawił – miał poczucie humoru.

Co spotkało nas na Mińskiej w dawnej drukarni? Królowała znakomita Małgorzata Walentynowicz na fortepianie i różnych innych klawiaturach (w tym także tej laptopowej), solo, ale także w tercecie z kompozytorką Agatą Zemlą i tancerką Katarzyną Sikorą (które grały „w gumę”, podczas gdy pianistka udawała, że nie umie preludiów Bacha) i w duecie z kompozytorem Loikiem Destremau; grali też Miłosz Pękala z Wojtkiem Błażejczykiem, siedząc przy stoliku jak przy warcabach i wydobywając dźwięki ze „speaker-micsów” – głośników działających jak mikrofony, zbudowanych przez kompozytorkę Kelley Sheehan.

Pomiędzy koncertami dwukrotne wejście miał François Sarhan, który ze swoim Zafraan Ensemble przedstawił fragmenty Log Book – dziennik pokładowy, zapis różnych stanów i wydarzeń, w tym przypadku rodzaj osobistego pamiętnika utrwalającego różne wydarzenia z życia codziennego, błahe i mniej błahe: od narodzin syna po sny o lisach i psie kupy pod drzewem. Do tego muzyka eklektyczna i dowcipna oraz przezabawne rysunki wyświetlane na ekranie, czasem też filmiki wideo. Duża wyobraźnia, może tylko trochę męczyła ich większa ilość pod rząd. A na koniec efektowna rzecz audiowizualna Argentyńczyka Agustina Issidoro Online, w której czwórka śpiewaków grała w grę komputerową, parokrotnie przegrywając i „umierając”. Świetni byli nie tylko wokalnie, ale także aktorsko.

Reklama