Yunchan Lim wreszcie w Warszawie

Podobno nie było łatwo go tu sprowadzić i praca nad tym trwała parę lat. W końcu znalazł się termin; niestety sala w Muzeum Historii Polski była jaka była, ale dobre i to.

Kontrakt uwzględniał także dyrygenta: był to młody Amerykanin Johann Sebastian Guzman, urodzony w Miami z rodziców Kolumbijczyków. Ci rodzice nieźle urządzili syna – co by było, gdyby nie chciał zostać muzykiem? Szczęśliwie został, i to niezłym muzykiem. A i Sinfonia Varsovia pod jego batutą brzmiała dobrze, może z wyjątkiem nierównych akordów w instrumentach dętych, które poza tym grały ładnie (choć parę razy waltornie były na granicy kiksu). W VII Symfonii Beethovena dyrygent wziął bardzo dobre, energiczne tempa. Ale wszyscy czekaliśmy już na największą atrakcję koncertu – solistę, który wystąpił w drugiej części koncertu.

Yunchan Lim nie przypomina już tego grzecznego chłopczyka z grzywką, którego pamiętamy z poprzedniego konkursu Vana Cliburna. Ma teraz długie włosy, które zakłada za uszy, i zachowuje się jak nerd – wychodzi na scenę lekko pochylony, dążąc do fortepianu i zdawkowo kłaniając się po drodze. Tak jak wiele dzieciaków nie jest w stanie oderwać się od komputera, bo to cały ich świat, tak w jego przypadku jest z fortepianem.

Koncert G-dur Ravela jest utworem, w którym zaznaczają się wpływy jazzu, a może raczej bluesa, bo bluesowych akordów tu mnóstwo. Pianista jednak grał bardziej po prostu Ravela, bez ducha swingu, który można tu zastosować lub nie – to dwie bardzo różne koncepcje, ale każda z nich jest w jakiś sposób uprawniona. Technicznie oczywiście było bez zarzutu. W drugiej, lirycznej części trochę mnie drażniła jego maniera grania melodii (a melodia tam jest długa, niekończąca się) to nadmiernie podkreślonej, to nagle w kontraście, wewnątrz tej samej frazy, wyciszonej do pianissima. Wydało mi się to jakieś wydumane, nienaturalne, trudno (w każdym razie mnie) było się przy tym wzruszyć, a to przecież bardzo emocjonalna muzyka. Za to finał był wspaniały – tu zresztą sprawa jest prosta, to takie perpetuum mobile, w którym po prostu pokazuje się technikę. A tę Lim ma perfekcyjną.

Na bis (tylko jeden; tak ponoć było w kontrakcie) zagrał opracowanie – może swoje własne, ale tego nie wiem – przeboju Les feuilles mortes. To był dobry sposób, by zostać jeszcze przez chwilę w klimacie francuskim, a jednocześnie zbliżyć się do ostatniego punktu programu, którym był Amerykanin w Paryżu Gershwina. Guzman poprowadził ten utwór znakomicie (a poza tym z pamięci) i choć również tu były nierówności – klaksony trochę się rozjeżdżały – to w sumie było efektownie, a publiczność wyszła z koncertu zadowolona. Tylko solisty było trochę mało, bo w końcu Koncert G-dur Ravela jest krótki… ale miejmy nadzieję, że jeszcze do nas wróci.

Reklama