Melancholijne urodziny Chopina
Czas mamy nieustająco niewesoły, więc może to i lepiej, że melancholijne. A dlaczego takie? Bo taki jest Eric Lu.
Pierwszą część wypełnił małym recitalem chopinowskim, w drugiej zagrał z AUKSO pod Markiem Mosiem III Koncert fortepianowy Beethovena. Ciekawe, że zmienił program – wcześniej zostało podane, że lwią część recitalu, poza krótkimi nokturnem i polonezem, wypełni Sonata h-moll. Ale widocznie nie czuł się na siłach zabierać się na takim koncercie za dużą formę. Na konkursie w III etapie grał ją nieźle (napisałam wtedy: „Jak na chorego naprawdę dobra produkcja”).
Dziś zaczął od dwóch polonezów: B-dur op. 71 nr 2 i fis-moll. Ten pierwszy to elegancki salonowy bibelocik, uroczy i młodzieńczy, napisany jeszcze przed wyjazdem z Polski – a Lu rozpoczął go z takim zadęciem, jakby to był co najmniej Polonez As-dur. Kompletne niezrozumienie; owszem, fragmenty piano grał ładnym dźwiękiem i „koronkowo”, ale po chwili znów wracał do potężnego dźwięku. W Polonezie fis-moll takie kontrasty są bardziej naturalne, a środkowa część „mazurkowa” całkiem ładnie wyszła.
Po polonezach zrobił małą przerwę i wyszedł z kolejnymi trzema utworami bardziej w swoim typie: najpierw Walc cis-moll (jak już kiedyś wspomniałam, to taki jego emblemat), potem Nokturn cis-moll op. 27 nr 1 i Ballada f-moll też całkiem przyzwoita. Nie wywołały jednak wielkiego entuzjazmu, może właśnie przez tę melancholię, która przepajała całą tę produkcję. Spraw technicznych nie ma co się czepiać, dźwięk ma piękny jak wszyscy uczniowie Danga.
Ale jednak brak mu osobowości, co dało się zauważyć w koncercie Beethovena. Owszem, też było dość ładnie, jednak nie więcej. Wszystko na swoim miejscu, ale przypomniała mi się jego najnowsza płyta z Schubertem, której prawdę mówiąc nie chciało mi się nawet tu omawiać, bo mnie po prostu znudziła, choć też właściwie nie było czego się czepiać. Ale też i o co zaczepić uwagi. Nie fascynowało, nie wzruszało.
Po koncercie pianista doczekał się w końcu stojaka i zagrał bis: Arię z Wariacji goldbergowskich. Jakoś w modzie są ostatnio. Wyszła z tego miła kołysanka, więc spokojnie rozeszliśmy się do domów.
Tylko wciąż zachodzę w głowę: dlaczego akurat on wygrał ostatni konkurs?