Harfa i pianoforte
Wyraźnie mniej jest na tegorocznym festiwalu koncertów na instrumentach historycznych: jeszcze raz wystąpi dzisiejsza orkiestra i jeden z solistów, plus jutrzejszy duet – i to wszystko. Tak to jeszcze nie było.
Inna sprawa, że i {oh!} Orkiestra dziś brzmiała dość masywnie i nie zawsze składnie, zwłaszcza jeśli chodzi o dęte – ale one są zwykle dopożyczone (choć bardzo ładny był tercecik flet-obój-fagot w koncercie Janiewicza). W każdym razie skład był duży, a brzmienie zupełnie nie kameralne. Ludzie w zespole też wciąż się zmieniają, trudno powiedzieć, że ma jakieś stałe oblicze.
Jedno, co jest niezmienne, to temperament szefowej Martyny Pastuszki, która gra od skrzypiec, ale teraz staje czasem przy tym w miejscu dyrygenta. Tak było i podczas Symfonii D-dur KV 202/186b, napisanej przez 18-letniego Mozarta, dość prostej jeszcze, ale chwilami dowcipnej, jak np. na samym końcu. Ciekawostka: w składzie zespołu było pianoforte, na którym grał gościnnie Krzysztof Garstka (był to chyba buchholtz).
Główną gwiazdą koncertu, a właściwie głównym gwiazdorem był Xavier de Maistre. Znamy go już tu dobrze z różnego repertuaru, także Koncert C-dur François-Adriena Boieldieu (nie wiedzieć czemu pisanego w książce programowej z dwiema kropkami nad pierwszym „i” w nazwisku) wykonał tu 14 lat temu. Proszę zwrócić uwagę w komentarzach pod tamtym wpisem, co łabądek napisała o swoich kontaktach z artystą w Łańcucie:” Jest również świetnie wykształconym politologiem. Zachwycił się zabytkową harfą księżnej marszałkowej i muzycznymi zbiorami biblioteki. Musiałam się nieźle gimnastykować, kiedy zaczął zadawać konkretne pytania, np. o polityczne wpływy tak ekonomicznie potężnego rodu Potockich. Ale talent, ale inteligencja, ale urok! No ciacho do sześcianu!”.
Dziś słowo „ciacho” po jego występie też padało – wizualnie solista trochę się zmienił, zwłaszcza jeśli chodzi o fryzurę, ale nadal jest szczupły i wysportowany. Niby to nie takie istotne, ale jednak – żeby z taką energią grać na harfie, trzeba mieć trochę siły. Koncert jak koncert, choć też efektowny, ale bis – znów zagrał Wariacje na temat „Karnawału weneckiego” Felixa Godefroida (grał je m.in. na tym koncercie), w których w pełni mógł pokazać, co potrafi.
W drugiej części – najpopularniejszy, V Koncert skrzypcowy Feliksa Janiewicza w wersji fortepianowej, którą opracował stały już współpracownik NIFC, Sebastian Gottschick, Tym razem do erarda (chyba to był ten z 1849 r.) zasiadł Tomasz Ritter i choć – zwłaszcza w I części – było trochę potknięć (zapewne nuty przyszły późno), to trzeba powiedzieć, że całkiem to sprawnie zostało przerobione. A finałowy hicior z melodią ukraińsko-klezmerską musiał oczywiście zostać powtórzony.
Komentarze
Trochę offtopic, a trochę nie. Bilety kupowałem w marcu i zapomniałem o jednym istotnym szczególe: dzisiejszy (czwartkowy) koncert odbywa się w Studio Lutosławskiego przy Modzelewskiego, nie w FN! Może ktoś podobnie zapominalski jak ja jeszcze to przeczyta 😉
A ja mam zdanie częściowo odrębne. Słyszałem koncert Janiewicza przez radio i powiedziałbym – o, jeszcze jeden słaby koncercik na fortepian, taka klasyczna masówka. Ale nie mogę tak powiedzieć, bo słyszałem ten sam koncert w wersji oryginalnej i tam na skrzypcach gra Bartek Nizioł, taka płyta jest niedawno wydana. Janiewicz napisał to dla siebie, więc byle kto nie zagra na odpowiednim poziomie. Bartek dał radę i to jest całkiem inna muzyka, a tu – nie dość, że opracowanie takie sobie, to pianista odrabiał pańszczyznę, bo zamówione. Ani tego nie czuł, ani nie rozumiał, odbębnił swoje (czyli wykonał, nie zagrał) i poszedł. Skoro jest oryginał, to po co podróby? Nie jestem pewien, chociaż mam tu podejrzenie graniczące z pewnością. 😎