Dwaj przyjaciele

August Franchomme i Fryderyk Chopin – między nimi była nie tylko przyjaźń, ale i współpraca, i wzajemne wpływy. To byli artyści, którzy mogli wejść w dialog. Pokazali to Roel Dieltiens i Frank Braley w Studiu im. Lutosławskiego.

Wiolonczelista Dieltiens to solista i kameralista, założyciel znakomitego, nieistniejącego już niestety Ensemble Explorations. Pianista Frank Braley również współpracował z tym zespołem, więc muzycy znają się na wylot i było to widoczne i słyszalne od pierwszej do ostatniej nuty. W przypadku Braleya – zupełnie inaczej niż wówczas, gdy 13 lat temu wystąpił w tej samej sali z Gautierem Capuçonem, grając m.in. tę samą Sonatę g-moll Chopina. Wówczas odnosiło się wrażenie, że pianista się prześlizguje i akompaniuje. Z Dieltiensem współpraca była idealna i w ogóle nie odnosiło się wrażenia prześlizgiwania, przeciwnie: była pełna równowaga, partnerstwo, słuchanie się nawzajem i precyzja, nawet w tym potwornym fragmencie z powtarzanymi akordami, którego prawie żaden pianista nie zagra bez zająknięcia. Może lepiej mu się też grało na instrumencie historycznym (erard z 1838 r.)

Przedtem jeszcze (cały koncert był jednym ciągiem, bez przerwy) były trzy Nokturny Franchomme’a, Introdukcja i Polonez Chopina, kolejne trzy Nokturny kompozytora-wiolonczelisty i na koniec wspomniana sonata. Co do utworów Franchomme’a, to typowe salonowe miniatury, wpływ przyjaciela oczywiście się słyszy, ale paradoksalnie im prostsze, tym ciekawsze (zwłaszcza te z op. 14). Może nie był to genialny kompozytor, ale zdecydowanie miał o czym z Chopinem gadać, zwłaszcza jeśli chodzi o Fryderyka utwory. Gdyby dokładniej przedstawić ich współpracę, trzeba byłoby wykonać jeszcze Grand Duo Concertant (na motywach modnego wówczas Roberta Diabła Meyerbeera), ale to wirtuozowskie dzieło mniej pasowało do kontekstu; Introdukcja i Polonez to też co prawda wirtuozowskie, młodzieńcze dzieło, ale mniej wymagające; i tu zresztą August pomagał Fryderykowi opracować partię wiolonczelową na nowo.

Dieltiens, który w zeszłym roku powrócił do Warszawy po latach (w 2004 r. grał Koncert C-dur Haydna z Orkiestrą XVIII Wieku; występ ten znalazł się na wydanej w zeszłym roku świetnej płycie NIFC i wciąż można ją dostać), zagrał wówczas ostatni festiwalowy akord w Kościele św. Krzyża. Pisałam wtedy: „Jak grał? Po prostu i mądrze. Już w pierwszych dźwiękach Gabriellego pokazał, że w jednym czteronutowym motywie można wykonać każdą nutę nieco inaczej i wtedy staje się fascynujący. Ale wszystko, co grał, nie miało w sobie cienia efekciarstwa, było absolutnie naturalne”. To samo można powtórzyć dziś, ale dodać, że dotyczyło to również pianisty. Każdy z nich zaskakiwał chwilami oryginalnie ukształtowaną frazą, akcentem. Wiolonczelista grał czasami bardzo cicho i obawiałam się (siedziałam w IV rzędzie), że z tyłu mogło go nie być słychać. Ale podobno było słychać wszystko. Znamienne, że między utworami panowała absolutna cisza i skupienie; żadnych kaszelków. To co prawda jeszcze nie pora przeziębień, ale żeby nikt nawet nie chrząknął – to już świadczyło o zaangażowanym słuchaniu.

Na bis była Albumblatt h-moll Mendelssohna – piękna kołysanka.

PS. Jak już jesteśmy przy płytach z muzyką na instrumentach historycznych, to – wracając do naszego ukochanego Schiffa – 18 września będzie miał premierę dwupłytowy album z późnymi dziełami Brahmsa na instrumencie z jego czasów. Miałam już możność słuchać, bardzo polecam, bardzo intymne granie, zupełnie inne niż PA. Bardziej domowe, by tak rzec. Pewnie coś jeszcze o tym napiszę bliżej premiery.

Reklama