Pod znakiem znaku

Taki właśnie jest tegoroczny temat Warszawskiej Jesieni: znak. Ale znaczenie znaku też może być różne. Tak było też na koncercie inauguracyjnym w Filharmonii Narodowej.

To już drugi z najważniejszych polskich festiwali, które Marzena Diakun zainaugurowała w tym roku: w marcu w TWON prowadziła tamtejsze zespoły w IX Symfonii Beethovena na rozpoczęcie Festiwalu Beethovenowskiego; tym razem stanęła przed NOSPR. Nie miała łatwego zadania, bo za każdym razem były różne składy, czasem kameralne, a czasem rozrzucone po sali, ale ma świetną rękę (i głowę) do muzyki współczesnej, więc wszystko poszło bardzo sprawnie.

Na początek stało się zadość Jesiennej tradycji wykonywania hymnu – było dziarsko, acz nietypowo, bo w kameralnym składzie orkiestry. Jednak zaraz potem, w pierwszym utworze, dyrygentka ustąpiła miejsca solistom i kompozytorowi. Krzysztof Knittel napisał utwór forMIA dla znakomitej improwizującej skrzypaczki austriackiej, weteranki awangardy, Mii Zabelki. Sam zawiadował elektroniką, a trzecim solistą był perkusista Hubert Zemler – wszyscy improwizowali, ale też na przemian dyrygowali (Zemler nawet dyrygował grając jednocześnie na wielkim bębnie). Improwizacja oczywiście w pewnych założonych ramach, część partytury została nawet napisana w taktach (dla orkiestry). Kompozytor deklaruje, że do dyrygowania improwizacją stosuje od pewnego czasu metodę jazzmana Butcha Morrisa zwaną Conduction (od połączenia słów conducting i improvisation) – za jego zgodą. W tym utworze więc określenie „znak” dotyczyło gestów, dawania znaków w celu współdziałania.

Gdy na scenie znalazła się już cała orkiestra, wróciła dyrygentka i poprowadziła utwór strefa zaniku Mateusza Śmigasiewicza. Tu znakiem był symbol: dzwon, przypominający – jak pisze kompozytor – „o metafizycznej naturze czasu”. Dzwony są i orkiestrowe, i elektroniczne; ogólnie brzmiała masa orkiestrowa, częściowo statyczna, ale z ruchem wewnątrz (jak to się nazywało na którejś z poprzednich Jesieni – dynamistatyka).

Kiedy utwór nazywa się Postmuzyka, można podejrzewać, że nie będzie całkiem serio – i nie było. Adam Porębski zafundował nam zabawę rozkładającą potencjalną muzykę na kawałki z pomocą tekstu wypowiadanego przez syntezator mowy. Na koniec zaś Kanadyjka Annesley Black w utworze o długim tytule A sound, a narrow, a channel, an islet, the straits, the barrens, the stretch of a neck otoczyła nas grupkami instrumentalistów z częścią orkiestry pozostającą na estradzie, a przez tę przestrzeń próbowała snuć opowieść o wyprawie (tragicznie zakończonej) na Antarktydę. A więc sygnały (czyli też znaki), a także dźwięki imitujące odgłosy zwierząt – byliśmy tym wszystkim osaczeni.

A przy wyjściu, już na schodach, osaczyła nas (nieruchomo i niemo) grupa „żółtych kamizelek” z pustymi transparentami i agresywnymi minami. To był pierwszy z „patroli” – interwencje takie mają się pojawiać w różnych momentach festiwalu. Nie będzie w nich dźwięków, choć zaprojektowała je kompozytorka – Lidia Zielińska, wraz z choreografem Karolem Urbańskim. Mają być komentarzem chwili, ale też prowadzić własny wątek. Ciekawe, do czego doprowadzą.

Dodam jeszcze, że znów sala była prawie pełna, a średnia wieku dużo niższa niż zwykle na koncertach. Jesień zawsze młoda.

Reklama