Tusk i Rubio u papieża

Dla nas wizyta premiera w Watykanie jest ważniejsza niż wizyta amerykańskiego sekretarza stanu. Ale dla Amerykanów – Leon XIV jest Amerykaninem – ważniejsza jest ta druga.

Domyślamy się, że minister Rubio, katolik z kubańskimi korzeniami, dostał od nieokiełzanego pryncypała jakąś szczególną misję: poprawy relacji administracji Trumpa z papiestwem, a może i wymuszenia na Leonie jakiegoś pojednawczego gestu u progu 250-lecia powstania Stanów Zjednoczonych, wspólnej ojczyzny ich obu. Jak na razie, Leon nie zamierza się wybrać na rocznicowe uroczystości. Tymczasem widok Leona i Trumpa razem świętujących amerykańską niepodległość byłby rzecz jasna wspaniałym prezentem przedwyborczym dla prezydenta. A na tym Leonowi raczej nie zależy.

Trump swoimi memami i komentarzami na temat Leona zbulwersował niemałą część świata katolickiego, w tym katolików i hierarchów w USA. A to ma znaczenie polityczne i wyborcze. Trzeba więc teraz jakoś sobie poradzić z fatalną wymową tych szczeniackich wygłupów nie tylko obrażających papieża, ale i uchybiających urzędowi, jaki Trump sprawuje.

A wszystko spięte klamrą wściekłości na odmowę pobłogosławienia przez Leona wojny USA z Iranem. Trump wielokrotnie insynuował, że Leon XIV chce, by Iran, okrutny reżim teokratyczny, miał bombę atomową. Leon zachował się jak mąż stanu: nie udowadniał, że nie jest islamistą, tylko przypominał, że chce być papieżem pokoju i dialogu w epoce, w której pokój i dialog próbuje się wymuszać siłą, a w rzeczywistości wojny i konflikty się mnożą od Ukrainy przez Bliski Wschód po Sudan i inne państwa afrykańskie.

O szczegółach spotkania Tuska z Leonem i dwoma innymi wysokiej rangi dygnitarzami watykańskimi na razie wiemy niedużo. Tusk sam powiedział, że tematem była m.in. sytuacja w Kościele w Polsce. Mam nadzieję, że dowiemy się więcej.

Kościół rzymskokatolicki jest wciąż najgłębiej wrośniętą w polskie społeczeństwo organizacją pozarządową. Wciąż ma ambicje do definiowania nie tylko wiary i moralności, ale też polityki państwa, choć konstytucyjnie jest od niego oddzielony. Dlatego premier nie powinien skąpić opinii publicznej szczegółów swej wizyty w Watykanie.

O czym rozmawiano konkretnie, możemy spekulować. Lekcje religii? Wychowanie zdrowotne? Edukacja publiczna, którą jeden z biskupów zestawił niedawno z systemem hitlerowskim? Fundusz Kościelny? Finansowanie Kościoła z budżetu państwa? Związki partnerskie, transkrypcja małżeństw osób tej samej płci? Drakońskie prawo antyaborcyjne? A może prawoskręt części polskiego episkopatu? Czy Tusk przedstawił Leonowi stan stosunków między swoim rządem a episkopatem? Idzie ku dobremu czy nadal mamy impas? Czy będzie przegląd postanowień konkordatu pod kątem jego funkcjonowania? Same pytania, zero odpowiedzi.

Sama zapowiedź premiera, że papież z radością przyjął jego zaproszenie do wizyty w Polsce, to za mało, by paść na kolana. Donald Tusk obiecał, że jego rząd będzie przestrzegał konstytucyjnej zasady (przyjaznego) rozdziału państwa od Kościoła. A mówiąc wprost, świeckości państwa.

Po ponad dwóch latach rządu Tuska wolno powiedzieć, że spełnia tę obietnicę miękko. Jakby chciał uniknąć konfrontacji z prawicą w Kościele i polityce na tym polu. Wygląda to na przemyślany plan działania przed przyszłorocznymi wyborami. Bo skoro Leon serdecznie rozmawiał z Tuskiem, to katolicy w Polsce dostali wyraźny sygnał: z rządem Tuska Watykan Leona nie ma problemu.

Zwłaszcza w kwestii wojny i pokoju: dla Leona Tusk jest „peacemakerem”, a nie krucjatowym trumpistą. Pięknie, ale czy tę samą solidarność odczuwa Watykan Leona z Tuskiem w kwestii migrantów? Czy akceptuje linię polskiego premiera, który odmawia relokacji migrantów z innych krajów poza Ukrainą? Bo co do linii Tuska w sprawie wojny z Iranem, to chyba faktycznie Leon może ją tolerować: ani nie wchodzimy z wojskiem do Ukrainy, ani nie włączamy się w wojnę Trumpa z Iranem, pozostając jednak lojalnym członkiem NATO i UE.

To jasne, że religia i polityka są złączone węzłem trudnym do rozplątania, a Watykan, centrum zarządzające największej organizacji wyznaniowej świata, jest graczem na scenie międzynarodowej, z którym świeccy liderzy wchodzą w interakcje, raz negatywne, raz pozytywne. Jak trwoga, to do Boga, czy się w Niego wierzy, czy nie wierzy. Rubio i Tusk deklarują się jako wierzący. Pierwszy musi pić piwo, które nawarzył Trump, drugi szuka sposobu, jak wygrać wybory w przyszłym roku mimo sondażowej przewagi sił prawicowych, które lubią przedstawiać się jako obrońcy cywilizacji chrześcijańskiej i ultrakatolickiej tożsamości narodowej. Papież Leon tego raczej nie kupi ani od polskich biskupów, ani od polskich polityków.

Nie mam wątpliwości, że prędzej znajdzie wspólny język z Tuskiem i kardynałem Rysiem, niż z „gaśnicowym” Braunem i abp. Jędraszewskim. Dobrze, że uciął sobie braterską pogawędkę z naszym Donaldem o świecie i Polsce. Oby to premier Tusk witał go w Polsce za dwa lata.

Reklama