Będzie się działo pod Wawelem
Bitwa o Kraków nierozstrzygnięta. Prawicy udało się odwołać prezydenta Krakowa, ale nie udało się – ułamkiem procenta – odwołać rady miasta, w której większość mają PO i Lewica Czarzastego. Jedna trzecia uprawnionego do głosowania elektoratu, która poszła do urn, zdołała defenestrować Aleksandra Miszalskiego po niecałych dwu latach urzędowania. Lecz ten się cieszy, kto się cieszy ostatni.
Za trzy miesiące Platforma może odbić urząd włodarza miasta, jeśli wystawi silnego kandydata. Mało prawdopodobne, że będzie nim Bogdan Klich czy Bartłomiej Sienkiewicz. Wieloletni prezydent Krakowa prof. Jacek Majchrowski wymienił Małgorzatę Wasserman, związaną z PiS, i Monikę Piątkowską, senatorkę KO. To ciekawe i progresywne, bo spekulacje krążą dotąd wokół polityków płci męskiej. Ponoć ostrzy sobie zęby na Kraków były prezes NIK Marian Banaś, choć pod Wawelem kojarzy się raczej z półświatkiem niż z możliwym następcą Miszalskiego.
Do tego czasu miastem będzie rządził komisarz mianowany przez premiera Tuska. Przegraną Miszalskiego musi on potraktować jako poważne ostrzeżenie: prawica zabiega o referenda w Gdańsku i Poznaniu. Bitwę o Kraków zamieniła w stres-test odporności KO.
Przeglądałem internety przed referendum. Było już jasne, że Miszalski może polec. Wezwania do bojkotu referendum zalało szambo. Ludziom wmawiano, że niepójście do referendum to abdykacja z demokratycznego prawa do głosowania. Argument niedorzeczny, bo nie ma w Polsce takiego obowiązku. Przeciwnie, zostanie w domu jest legalną opcją w każdym systemie demokratycznym.
Logika referendalna jest taka, że jeśli referendum z jakichś powodów mi nie odpowiada, należy właśnie zostać w domu, by popierający referendum nie byli w stanie zdobyć liczby głosów wystarczającej do przekroczenia progu powodującego jego moc prawną. To elementarz polityki demokratycznej, a nie jej zaprzeczenie. Organizatorzy podwawelskiej hecy musieli zmobilizować odpowiednią liczbę wyborców do udziału, by zrealizować swój cel, dlatego zwalczali kampanię absencyjną na wszelkie sposoby.
Cel osiągnęli, bo zamienili referendum w kampanię nienawiści do KO i Tuska. Nie o przyszłość Krakowa tu chodziło, ale o obalenie sprzymierzeńca KO i rady miejskiej kontrolowanej przez znienawidzone przez organizatorów hecy ugrupowania prorządowe. Połowiczny sukces organizatorów i politycznych popleczników – zarówno z prawicy pisowskiej, jak i skrajnej, plus ze strony Łukasza Gibały, który wyłożył na kampanię prawie pół miliona złotych i marzy od lat, by zostać prezydentem „stołeczno-królewskiego” Krakowa – niczego w polityce miejskiej nie uporządkował, tylko skazał ją na dodatkowe turbulencje.
Uspokojenia nie przyniesie także zwycięstwo kandydata skrajnej prawicy czy samego Gibały. Gibała zwiększył swoje szanse na prezydenturę, ale wzrósł też apetyt na nią w środowisku konfederatów skupionych wokół skandalisty politycznego Berkowicza (tego od profanacji w Sejmie flagi Izraela). Wygrana kogoś takiego to czarny scenariusz w mieście, gdzie mieszka i pracuje wielu uchodźców z Ukrainy, przybyszy z Bliskiego Wschodu, Afryki i Azji i gdzie kwitnie niezależna, humanistyczna, dialogowa kultura.