Czerwone czapki z głów!

Wyobraźmy sobie, że polski ambasador w Waszyngtonie zarzuciłby spikerowi Izby Reprezentatntów USA, że krytykuje prezydenta Polski i zagroziłby, że Polska zerwie ze spikerem wszelkie kontakty. Amerykanie odebraliby to jako nieakceptowalną ingerencję w politykę swego rządu. I tak samo my odbieramy atak ambasadora USA w Warszawie na marszałka Czarzastego.


Amerykańscy deputowani z ramieni Partii Demokratycznej w Komisji Spraw Zagranicznych napisali na platformie X, że atak ambasadora Rose’a wygląda na próbę podważenia sojuszu polsko-amerykańskiego i potwierdza, że polityka zagraniczna Trumpa polega na transakcyjności i nastawianiu się na siłę w relacjach międzynarodowych. Gdybyśmy mieli zrywać relacje z innymi państwami tylko dlatego, że krytykują naszą politykę, rzucając obelgi na naszego prezydenta, to niewiele mielibyśmy kontaktów na świecie, stwierdzili przytomnie.

Pretekstem była odmowa poparcia przez Czarzastego petycji do Komtetu Noblowskiego o przynanie Trumpowi pokojowego Nobla. Czarzasty obszernie wyjaśnił, czemu się pod nią nie podpisze jako szef Sejmu: bo Trump po prostu na Nobla nie zasługuje. No i tą decyzją sprowokował atak amerykańskiego ambasadora, który całkiem niedawno zapalał chanukowe lampki razem z Czarzastym.

Dwie rzeczy trzeba powiedzieć: reakcja Rose’a była nieproporcjonalna, co jest błędem sztuki dyplomatycznej, ale, po drugie, wywołała może nie kryzys, ale bezprecedensowe napięcie na linii polski rząd – Biały Dom. Marszałek Czarzasty jest jako lider Lewicy koalicjantem Tuska. Atak na Czarzastego musiał być skonsultowany z Departamentem Stanu, bo przecież chodzi o drugą osobę w państwie polskim. Dlatego odbieram go jako policzek wymierzony Polsce, polskiemu parlamentaryzmowi i rządowi Tuska. Polityczne kontrowersje wokół jego dawniejszej działalności politycznej nie mają tu nic do rzeczy.

Aspiracjom Trumpa noblowska odmowa Czarastego i tak nie zaszkodzi, za to posłużyła za pretekst do pokiwania palcem rządowi polskiemu. Jakkowiek ocenimy to moralnie – a przecież w tle mamy też obelżywe uwagi Trumpa o sojusznikach z NATO – nie leży w polskim interesie pogorszenie naszych stosunków z państwem amerykańskim. 

Trump i trumpizm przeminą w USA i w Polsce, a odbudować wzajemne relacje w duchu partnerstwa szybko się nie da. Na razie jesteśmy sojusznikiem traktowanym paternalistycznie – pouczenia, wytyczne, groźby – przez administrację Trumpa, choć powinno do niej dotrzeć, że to jej błąd. Rola Polski rośnie w Europie w związku z wojną w Ukrainie. Nie tylko militarnie, ale i strategicznie. Polska jako państwo członkowskie zarazem NATO i UE to nie jest popychadło.

Ambasador Rose może mieć w połajance Czarzastego wsparcie ekipy Nawrockiego, co tylko pogarsza sprawę. Pokazuje, że Amerykanin gotów jest włączyć się w spór tej ekipy z rządem Tuska. Z wykorzystaniem Czarzastego jako reliktu komunizmu, który chce usunąć antykomunista Nawrocki. Tyle, że taka retoryka raczej służy Czarzastemu i jego lewicy, więc jest kontr-skuteczna z perspektywy trumpistów w USA i Polsce.

To jasne, że dla Trumpa Polska się liczy, póki kocha Trumpa i paraduje w czerwonych MAGA/MEGA bejsbolówkach. A marzeniem Nawrockiego i PiS-u jest Polska bez Tuska, za to pod kuratelą Trumpa. Zło tej sytuacji polega na tym, że relacje polsko-amerykańskie stały się teraz częścią walki politycznej w Polsce. Tusk z Sikorskim widzą to niebezpieczeństwo, może i ambasador Rose je zrozumie.

Reklama