Koniec Orbána?
Viktor Orbán, mój największy zawód w polityce Europy postkomunistycznej. Dawno temu, w PRL, kiedy udzielałem się w opozycji antysystemowej, chłonęliśmy wieści z innych „demoludów” o tamtejszych oddolnych ruchach przeciwko reżimowi.
Przede wszystkim w ówczesnej Czechosłowacji i na Węgrzech. Nazwisko Orbána kojarzyliśmy z węgierskimi liberalnymi demokratami. Pojawiło się późno, kiedy system „realnego socjalizmu” już upadał. Ale czuliśmy radość, gdy wystąpił publicznie w 1989 r. podczas powtórnego pogrzebu przywódcy pamiętnej rewolucji węgierskiej w 1956 Imre Nagya i zażądał wolnych wyborów oraz wycofania wojsk sowieckich z Węgier, co nastąpiło dwa lata później.
Jakież rozczarowanie, że z młodego demokraty, stypendysty fundacji Sorosa na uniwersytecie w Oksfordzie, współzałożyciela Fideszu, zamienił się w piewcę „nieliberalnej” – czyli fasadowej – demokracji i chwalcę autorytarnych systemów w Rosji, Chinach i Turcji, orędownika antyliberalnych haseł skrajnej prawicy, a w końcu w hamulcowego unijnej pomocy dla walczącej z Putinem Ukrainy.
Dlatego rozczarownie i ostrzeżenie. Negatywny przykład ludowej mądrości, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Odkąd Orbán umościł się na złe w węgierskiej polityce, owładnęła nim podobna obsesja jak Kaczyńskim Jarosławem: obsesja niekontrolowanej władzy. Nią powodowany, zmienił konstytucję w 2012 r. i usunął z oficjalnej nazwy kraju słowo „republika”. Teraz oficjalna nazwa kraju brzmi po prostu „Węgry”.
Lecz za tym prostym posunięciem kryje się niezbyt skrywany rewizjonizm terytorialny. Bo Węgry pod hasłem obrony praw mniejszości węgierskiej w krajach sąsiednich krzywo patrzą np. na Ukrainę: jeden pretekst więcej do snucia mocarstwowych mrzonek o Wielkich Węgrzech z dawno minionej epoki. Słowem: nacjonalizm, demon naszych czasów.
Już za miesiąc będą na Węgrzech wybory parlamentarne. Orbán może je przegrać z konkurencyjną partią Tisza, utworzoną przez byłego działacza partii Orbána, o jakże patriotycznym nazwisku Peter Magyar. W brukselskich kuluarach, a nawet na oficjalnych spotkaniach przedstawicieli UE, zaostrza się krytyka polityki Orbána i rosną oczekiwania, że utraci władzę.
Nawiasem mówiąc, takich Magyarów może przybywać w PiS po wecie Nawrockiego przeciwko unijnemu SAFE – Orbán tego programu nie wetował – wystąpienie senatora Włosowicza w obronie tego programu wbrew linii Kaczyńskiego jest tego przykładem. Wszak prawdziwa cnota krytyk się nie boi. Pierwszy sprawiedliwy w Prawie i Sprawiedliwości rychło może znaleźć naśladowców rozczarowanych Kaczyńskim jak Magyar Orbánem.
Jego ciągłe szantaże wetem – ostatnio przeciwko przyznaniu przez UE 90 mld pomocy Ukrainie – czy kpiny i obelgi pod adresem „Brukselczyków” mobilizują unijną większość do debaty o likwidacji tego liberum veto jako narzędzia manipulacji. Bo przecież Orbán nic nie zrobił, by się w ślad choćby za Polską uniezależnić energetycznie od Rosji.
Wielkie niezadowolenie wywołało niedawne wezwanie Orbána do odbudowy relacji Europy z Rosją po zakończeniu wojny w Ukrainie. Tisza nie jest formacją lewicową, lecz konserwatywno-liberalną. Jeśli wygra z Orbánem, czeka ją trudny marsz od demokracji „nieliberalnej” do normalnej. Trudniejszy nawet niż marsz koalicji Tuska.
Dla Unii jednak byłaby to wielka ulga, poniekąd taka jak po zwycięstwie koalicji demokratycznej w Polsce w 2023 r. Kolejne państwo „nowej” Unii wróciłoby z populistycznego manowca na główny szlak. Trzymam kciuki z umiarkowanym optymizmem.
Gdyby w przyszłym roku Tusk wygrał wybory – co prawdopodobne, choć sformowanie rządu pewne nie jest – stare, ale jare powiedzenie o Polakach i Węgrach jako bratankach odzyskałoby treść. Generał Bem, antyimperialny rewolucjonista Kossuth, powstańcy 1956 r. nie walczyli o orbanowskie Węgry.