Bezwstyd

Ostrzeżenia przed wzmożonymi prowokacjami Rosji przeciwko NATO napływają zewsząd, nie tylko z ust premiera Tuska, ale też innych przywódców europejskich, od Finlandii i Norwegii po Francję. Ale PiS i skrajna prawica podważają te ostrzeżenia. I co im zrobimy, gdy generalicję nazywają betonem, a wystąpienia Tuska straszeniem? Właśnie czytam, że bardzo blisko granicy z Estonią krążą wieści, iż tutejsze szpitale rosyjskie mają być doposażone blisko 30 tys. łóżek z przeznaczeniem dla rannych. Co nie znaczy, że Rosja zaatakuje Estonię, państwo NATO, lecz może raczej gdzieś bardziej na północy, przy granicy z Finlandią.

A że Rosja pamięta, jak Finlandia zdołała obronić – choć za cenę utraty części terytorium – niepodległość podczas wojny zimowej, to prowokacja może być krwawa, choć raczej lokalna. Tak to widzi wielu specjalistów, a ja nie widzę powodu, by te prognozy i ostrzeżenia lekceważyć. Nie jestem politykiem prawicy, by usypiać czujność społeczeństwa tylko po to, aby dojść do władzy po trupie Tuska. Jako publicysta mam jednak obowiązek takie śmichy chichy prawicy potępić jako antypolskie, czyli sprzeczne z naszymi geopolitycznymi interesami.

Polskie wojsko, póki jest w NATO, musi przestrzegać art. 5, czyli walczyć w obronie napadniętych przez Rosję państw członkowskich. Broniąc napadniętej Estonii czy Litwy, broni jednocześnie Polski, która jest wysoko na czarnej liście Kremla, odkąd włączyła się w pomoc walczącej Ukrainie.

Prowokacje nasilą się – to taka wyzbyta emocji fraza. A przecież Polacy boją się wojny. Ja też. I tu na scenę wkracza Trump, roniący łzy nad niszczeniem rosyjskich rafinerii przez Ukraińców. Nie wzbudza to we mnie zaufania do wszelkich deklaracji prezydenta, także w sprawie stałych, a nie – jak teraz – rotacyjnych, baz amerykańskich w Polsce. Nie mam pewności, czy Trump przyłączyłby się do egzekucji art. 5, a nawet 4, „konsultacyjnego”, i wydał zgodę na wysłanie wojsk USA na pomoc napadniętej Łotwie. Przekaz dnia prawie całej naszej klasy politycznej jest dziś taki, że bez USA, czyli administracji Trumpa, nic nie można i nic się nie da. I to byłoby sensowne podejście, gdyby dziś prezydentem Stanów był polityk formatu Reagana. Ale nie jest.

Dlatego inaczej niż polscy trumpiści pokroju Nawrockiego czy konserwatywni real-politycy mam ograniczone zaufanie do Trumpa i jego Białego Domu. Nie stawiałbym na niego i jego ekipę nawet jednego bitcoina. Ale nie ma to nic wspólnego z ideologicznym antyamerykanizmem w stylu braunistów. Po prostu nie mam zaufania do konkretnego przywódcy amerykańskiego i jego najbliższych współpracowników. Nieprzewidywalność nie jest cechą męża stanu, a jeśli sprawuje on akurat urząd prezydenta USA, to mamy problem. A kiedy ten prezydent ma słabość do Putina, to problem robi się poważny.

Reklama