„Tosca” w warszawskich tropikach
To był prawdziwy wyczyn. Ani warszawska publiczność, ani orkiestra Sinfonia Varsovia nie wytrzymywały wcześniej tak długiego występu w takim upale.
Bo dla solistów wykonujących główne role to już nie pierwszyzna. Zwłaszcza Sonya Yoncheva wykonywała już rolę tytułową w bardzo różnych miejscach i warunkach – jak wspomniała wczoraj na briefingu, zdarzyło się jej śpiewać w Arena di Verona w kostiumie, który ważył z 15 kilo, i też było wówczas koło 40 stopni, a zabijanie Scarpii trwało wyjątkowo długo, bo przecież musiała się w tym kostiumie ruszyć. Dziś mogła się ubrać w lekkie, powłóczyste suknie (w I akcie czerwoną, w II i III akcie białą), tylko reszta gotowała się we frakach – poza Cavaradossim, czyli Jonathanem Tetelmanem, który czasem zdejmował marynarkę i zostawał w koszuli. Cała trójka, wraz z Georgem Gagnidzem, czyli Scarpią, podkreślała, że wykonanie koncertowe takiego dzieła jak Tosca wymaga jeszcze więcej aktorstwa – i rzeczywiście przy takim aktorstwie niepotrzebne są dekoracje, wszystko jest jasne. Nawiasem mówiąc, gruziński baryton w cywilu wygląda bardzo poczciwie, miło się uśmiecha i trudno było sobie wyobrazić, jak przedzierzgnie się w zimnego drania, ale nad podziw mu się to udało.
Tetelmana słyszałam w tej samej roli równo rok temu w Krakowie na dziedzińcu Wawelu i już wówczas wyraziłam swój zachwyt. Dziś mogę go tylko podtrzymać, a partnerkę miał tym razem godną – razem, ze swymi głosami i urodą, stanowili, jak to się mawia, power couple i aż trudno uwierzyć, że dopiero pierwszy raz się na scenie spotkali. Gagnidze świetnie z nimi kontrastował, może trochę za bardzo wibrował w kulminacyjnych momentach, ale zbudował mocny charakter sceniczny. Reszta śpiewaków w pobocznych rolach to studenci albo absolwenci warszawskiej Akademii Operowej – wszyscy się znakomicie spisali.
Podobnie jak 7 lat temu w tym samym miejscu w Butterfly, i tym razem wystąpiła Sinfonia Varsovia, której coraz częściej zdarza się grać opery, zwłaszcza po zaistnieniu Baltic Opera Festival (na którym zresztą w tym roku nie występuje). Ale wspomniałam, że dotąd nie grała tak długo w takim upale – zdarzały jej się jej występy na letnich festiwalach np. we Francji, jednak krótsze, o rozmiarach koncertu. Chór Filharmonii Narodowej i Chór Dziecięcy Artos (jak widać, wieczór był składankowy) mogły sobie schodzić ze sceny, a orkiestra musiała się męczyć cały czas, choć nie odnosiło się wrażenia, żeby się męczyła – to na pewno zasługa zarówno mobilizacji muzyków, jak i dyrygenta Bassema Akiki.
Co do nagłośnienia, dziś było zdecydowanie lepiej niż parę dni temu – a może to dlatego, że pojawiły się głosy, treści i emocje? Wydaje się jednak, że rzeczywiście tym razem się bardziej postarano. Poza tym było w ogóle głośniej, więc mniej było słychać odgłosów ulicy, choć nie zabrakło humorystycznych momentów, np. kiedy rozległ się sygnał karetki zaraz po tym, jak Tosca zabiła Scarpię. A jak rozwiązano finał? Cavaradossi zginął za sceną, a Tosca nigdzie nie skoczyła, tylko zastygła na miejscu w malowniczej pozie. Nie szkodzi – emocji było dosyć.