Po drugiej – pierwsza nagroda

Eric Lu zaprezentował się dziś na festiwalu Chopin i jego Europa. Jak wczorajszy solista – również z orkiestrą z Montrealu pod Rafaelem Payare. I on zagrał inny koncert Chopina niż na konkursie (choć ten sam, co 10 lat wcześniej, gdy otrzymał IV nagrodę).

Dziś był obecny na festiwalowej konferencji prasowej i zapytany, co porabiał po konkursie, powiedział, że miał już od tej pory ok. 70 koncertów na całym świecie. Prowadzący Aleksander Laskowski opowiedział nam przy okazji, że był świadkiem jego występu w Tokio, podczas którego zatrzęsła się ziemia. Pianista sprecyzował, że stało się to jeszcze podczas orkiestrowej ekspozycji, przed jego wejściem, a orkiestra NHK grała dalej nie zwracając uwagi – w końcu są tam do tego przyzwyczajeni. Spytany, jak obecnie czuje się na estradzie, przyznał, że teraz gra Chopina o wiele swobodniej, bo nie musi się stresować myślami o tym, jak zagrać „pod jury”.

I rzeczywiście to było dziś słychać. Było w tej grze więcej życia i emocji, zwłaszcza w I części. Druga też wypadła ładnie, może najmniej mnie usatysfakcjonował finał, gdzie krakowiaka się nie uświadczyło (choć figlarnie momentami było), a pod koniec było już zbyt szybko, gamki dość mechaniczne, nawet sąsiad się przytrafił. No, ale w bisie, którym było preludium „deszczowe”, znów był subtelniejszy, pokazał duże kontrasty, środkowa część była wręcz potężna. Trochę mi to przypomniało Kate (była na sali). Ogólnie paleta jego brzmień (eleganckich zawsze, ale to już ma od dawna dzięki znakomitym pedagogom) była dziś dużo szersza niż na konkursie, lepiej się tego słuchało. Znajoma, która siedziała z przodu, stwierdziła, że pianista grał z kamienną twarzą nie zdradzającą żadnych emocji – cóż, taka jego uroda, on nie z tych, którym przy „deszczowym” łezki stają w oczach jak u jednej z moich konkursowych ulubienic Yumeki Nakagawy.

Orkiestra i dziś grała niestety Chopina dość ciężko, a nawet pompatycznie. Jednak mnie to razi. Przedtem wykonała L’Isle joyeuse Debussy’ego w instrumentacji Bernardina Molinariego; jakoś jednak wolę to na fortepianie. W drugiej części zespół znów miał pole do popisu w Życiu bohatera Richarda Straussa. Ale nie całkiem zostało ono wykorzystane. Jednym z powodów może być nadmierna momentami żywiołowość dyrygenta, z czego wynikała intensywność, a nawet chwilami drobne bałagany. Innym może być fakt, że dla takiego utworu sala Filharmonii Narodowej jest jednak przymała, gorzej się dźwięk rozprowadza. Wciąż pamiętam przewspaniałe wykonanie tego utworu w NOSPR na Festiwalu Otwarcia w wykonaniu LSO pod batutą Antonia Pappana; dyrygent, spec przecież od opery, zrobił z niego prawdziwy teatr, opowieść z rozmaitymi rolami, bardzo wdzięcznymi, bo, jak wtedy napisałam, „każdy z członków tego zespołu ma jakość solisty”. Dziś czegoś takiego się nie odczuwało, choć kilka solówek, w tym koncertmistrza, było naprawdę pięknych. Ale trudno porównać te dwa wykonania. No i w katowickiej sali jednak ta muzyka miała lepsze proporcje.

Teraz kilka dni odpoczynku od dużych orkiestr – następna dopiero w sobotę.

Reklama