Na dwóch festiwalach

…byłam dziś: na WarszeMuzik i na Chopiejach – i na oba koncerty bardzo warto było przyjść.

Dzisiejszy koncert WarszeMuzik był ostatnim w tym roku, na którym mogłam być, ponieważ przezornie zaplanowano go na godz. 16. Był też, jak na ten festiwal, luksusowy, ponieważ miał miejsce w Studiu im. Lutosławskiego. Na dziesięciolecie zrobiono taki prezent publiczności, która zwykle siedzi na leżakach lub stoi na podwórkach, a przy tym zaproszono niezawodną orkiestrę AUKSO pod batutą Marka Mosia.

Nostalgiczny wstęp jednak dał współkurator festiwalu Marek Bracha, wykonując solo Kołysankę op. 1 16-letniego Mieczysława Wajnberga – jeden z tych dekadenckich młodzieńczych utworów, który każe zastanawiać się, w którą stronę poszedłby kompozytor, gdyby nie było wojny albo gdyby udało mu się wyjechać do Stanów (gdzie go zapraszano, ale nie wypuszczono) – w każdym razie gdyby nie wylądował w ZSRR w kręgu Dymitra Szostakowicza. Potem już wystąpiła orkiestra z Verklärte Nacht Arnolda Schönberga – po jednym młodzieńczym utworze drugi, intensywny i emocjonalny, który zawsze wyobrażam sobie w jakimś secesyjnym wnętrzu.

Druga współkuratorka WarszeMuzik, Ania Karpowicz, zagrała (znakomicie) z orkiestrą II Koncert fletowy Wajnberga. Jest on zupełnie inny niż pierwszy, tak wyraźnie klezmerski; ma op. 148b i uchodzi za najpóźniejszy koncert instrumentalny kompozytora, ale de facto jest to opracowanie utworów dużo wcześniejszych: pierwsza część – pierwszej części II Sonaty na skrzypce i fortepian z 1944 r., druga to Largo na skrzypce i fortepian z tych samych mniej więcej czasów (tu gra je Linus Roth; początek 3:07), które nie ma opusu i dopiero niedawno zostało znalezione; zdaje się, że jest to transkrypcja jednej z pieśni. Finału nie zidentyfikowałam, choć też musi to być coś z tego okresu.

Na koniec Sinfonietta drugiego w programie Warszawiaka, Szymona Laksa z 1936 r. – wykwit paryskiego neoklasycyzmu, dzieło zgrabne, wdzięczne, rytmiczne, pogodne, a finał to kunsztowna fuga o dwóch tematach. Któż wówczas przewidywał, co spotka kompozytora za parę lat… Wyszłam nucąc temat fugi, który nie chciał się odczepić.

Wieczorny koncert Pittsburgh Symphony – wspaniały. Jakiż to inny zespół od tego z Montrealu. Tyle, że przyjechał w ogromnym składzie i dźwięk dusił się w sali FN. Ech, chciałoby się już mieć na takie koncerty tę salę Sinfonii Varsovii, co to najnowszy przewidywany termin oddania to 2030 r. – zobaczymy…

Ujmującym gestem ze strony dyrygenta Manfreda Honecka było napisanie komentarza do Uwertury koncertowej Karola Szymanowskiego, zagranej na początku. „Utwór rozpoczyna się niemal eksplozją (…) Całe dzieło przenika pewna młodzieńcza intensywność, chwilami niespokojna, kiedy indziej ekstatyczna. (…) Dla orkiestry Uwertura koncertowa jest tyleż ekscytującym, co trudnym doświadczeniem wykonawczym. Wymaga energii i zaangażowania, ale też wrażliwości na nieustannie zmieniające się barwy i nastroje”. I rzeczywiście wykonanie robiło wrażenie, może tej intensywności było jak na to wnętrze za dużo, ale była adekwatna.

Rapsodia na temat Paganiniego Rachmaninowa z Bruce’em Liu – znakomita, jego wirtuozeria i osobowość pasuje do tego utworu. Dla mnie jest w tym utworze jakieś diabelstwo, może także przez obecność tematu Dies irae, i w pewnym stopniu się je wyczuwało. Na bis Bruce pozostał przy Paganinim, grając Campanellę Liszta. I też była olśniewająca wirtuozeria, choć trochę mnie zdziwiły drobne potknięcia, których kilka mu się przytrafiło – pewnie był zmęczony.

I na koniec IX Symfonia „Z Nowego Świata” Dvořáka. Tak sobie myślałam przed koncertem: banał, ile razy można słuchać tego utworu. A było tak, że czułam się, jakbym słyszała ten utwór pierwszy raz. Co więcej, dyrygent ma za sobą w swoim bogatym życiorysie również doświadczenia czeskie, więc dobrze wie, co z tą muzyką robić. Zaskakujące niektóre momenty, jak zwolnienie przy drugim temacie I części, albo niezwykłe budowanie planów w II części. Po raz któryś stwierdziłam, że Ameryka Ameryką, ale Czech jest w tym utworze jeszcze więcej, i tym razem słyszałam np. w finale tematy czeskie, które zwykle chowają się gdzieś w cieniu. Absolutna rewelacja i nic dziwnego, że publiczność natychmiast zerwała się krzycząc – ja tym razem też. Były dwa bisy: I Taniec węgierski g-moll Brahmsa i Litanei auf das Fest Aller Seelen Schuberta – ulubiony bis Honecka, tyle że różne wersje widzę w sieci: jedna, że to orkiestracja Maksa Brucha, druga – że samego dyrygenta. W każdym razie piękna i wzruszająca. Ten łagodny smutek pasował mi do dzisiejszej, już 11 rocznicy

Reklama