Kantorow i Honeck

Obcowanie z obojgiem artystów – młodym pianistą i dojrzałym dyrygentem – jest fascynujące, z każdym z nich z innego powodu, ale ich współdziałanie ze sobą nawzajem i z orkiestrą jest znakomite.

Ciekawostka, że artyści przyjechali do nas z festiwalu w Salzburgu, gdzie to właśnie Alexandre Kantorow wykonał Rachmaninowa Rapsodię na temat Paganiniego, a obok zabrzmiała, jak dziś u nas, V Symfonia Szostakowicza. Natomiast I Koncert Brahmsa muzycy zagrają za dwa dni w Elbphilharmonie w Hamburgu.

Koncert ten słyszy się w wykonaniach lepszych i gorszych, czasem się zdarzają porywające. I prawdę mówiąc od czasów Zimermana z 2014 r. żadne wykonanie mnie nie porwało. Ale Kantorowa – jak najbardziej. Dlaczego? Oczywiście z całkiem innych powodów.

Kantorow jest młody – ma 29 lat – i gra ten koncert jak człowiek młody, z intensywnymi emocjami. Często zapomina się, że Brahms, kiedy go pisał, był jeszcze młodszy – ukończył go, gdy miał 26 lat. Jest to rzeczywiście dzieło niesłychanie dojrzałe jak na ten wiek, głębokie i skupione, i dlatego też często interpretuje się je w duchu Brahmsa późnego – myśliciela, ze słynną długą brodą (prawdę powiedziawszy z tą brodą też taki stary nie był). A jest to muzyka pełna namiętności i gdy gra się ją tak jak Kantorow, słychać, że jest to właśnie namiętność młodzieńcza, to rzucanie się na klawiaturę, olśniewanie oktawami, płomienność. Takiego Brahmsa się zapamiętuje na długo. Pianista przedłużył ten stan bisem – Śmiercią Izoldy w opracowaniu Liszta, również pełną pasji.

Honeck prowadzi orkiestrę z pełną świadomością jej możliwości i czyni to w sposób dojrzały – wie, gdzie „podkręcić”, gdzie przyhamować. A muzycy reagują z wyraźnym zapałem. Przyznam, że trudno mi się słuchało V Symfonii Szostakowicza, bo to jest utwór wojenny przed wojną, powstały w najgorszym momencie stalinizmu. Tragizm i wojna są w rosyjskiej kulturze dość dwuznaczne zwłaszcza teraz, ale intencje Szostakowicza były oczywiste, choć mówiło się o tej symfonii jako o „odpowiedzi sowieckiego człowieka na słuszną krytykę”. Ale to była przykrywka. Nie zgadzam się z autorką omówienia w programie, że zakończenie tej symfonii jest triumfalne i optymistyczne – dla mnie to krzyk rozpaczy. W takim zresztą duchu było to wykonane. Trochę co prawda zdziwiło mnie dość wolne tempo II części, ale miało to sens. I znów można było usłyszeć wiele szczegółów wcześniej niezauważonych.

Że zakończenie tej symfonii to nadal wojna, świadczyła też o tym reakcja publiczności na początek pierwszego bisu, jakim był sielankowy Poranek z Peer Gynta Griega – śmiech ulgi i brawa. Na drugi bis był prawdziwy fajerwerk: fragment Romea i Julii Prokofiewa, począwszy od sporu Merkucja z Tybaldem przez pojedynek do śmierci Tybalda i owego charakterystycznego marsza żałobnego. Znów wojennego, można powiedzieć.

Reklama