Ciekawy finał

Smutno, kiedy festiwal się kończy. Ale dobrze, kiedy kończy się interesująco, a tak było dziś w FN na koncercie orkiestry gospodarzy.

Była trochę mniejsza publiczność – pewnie niektórzy zrezygnowali, gdy usłyszeli, że swój występ odwołała Bomsori, która miała grać Koncert A-dur Karłowicza. Ale jedno ze zwolnionych miejsc należało do solistki, która dziś wystąpiła, czyli Agaty Szymczewskiej – o tym, że to ona zagra, dowiedziała się w piątek. Powiedziała o tym po koncercie, a przed bisem. Nie muszę mówić, że Karłowicza zagrała doskonale – należy do jej stałego repertuaru, a obecna prezeska Towarzystwa im. Henryka Wieniawskiego (i już za miesiąc jurorka tegorocznego konkursu), która 20 lat temu wygrała na poznańskim konkursie wszystko, co było do wygrania, trzyma klasę. Powiedziała też, że Bomsori obiecała, że jak wyzdrowieje, przyjedzie i zagra Karłowicza, a skoro koreańska skrzypaczka została niedawno ambasadorką twórczości Grażyny Bacewicz, to pewnie zagrałaby teraz na bis Kaprys polski, więc i ona to zagra. I to też było wykonanie po prostu modelowe, a sama końcówka dowcipna. Artystka dostała zasłużonego stojaka i gorącą owację nie tylko od publiczności, ale także od orkiestry i dyrygenta; trzeba zresztą powiedzieć, że dyrygent starał się bardzo, by coś się działo w tym akompaniamencie.

Obecność tego dyrygenta, powiem szczerze, intrygowała mnie jeszcze bardziej, bo znamy przecież wszyscy Riccarda Minasiego jako – przez wiele lat – wybitnego skrzypka barokowego, który był koncertmistrzem chyba we wszystkich ważnych orkiestrach instrumentów historycznych – u Savalla, Dantonego, Alessandriniego, Antoniniego, Jacobsa czy Chiary Banchini. To on założył i prowadził na początku Il Pomo d’Oro. Nawiasem mówiąc ciekawe, że tych „drobnych szczegółów” (poza ostatnim, bo wtedy już dyrygował, choć też jeszcze grał) nie podaje na swojej aktualnej stronie internetowej, na której jest już tylko dyrygentem (drugim nawiasem mówiąc, dopiero z tej strony dowiedziałam się, że jest w połowie Japończykiem).

Jako koncertmistrz występował u nas wiele razy z różnymi zespołami, ale jako dyrygent też się pojawił: 7 lat temu z Orkiestrą Mozarteum z Salzburga, której wówczas szefował, odwiedził NOSPR w ramach festiwalu Katowice Kultura Natura z symfoniami Haydna. Ciekawe, że i dziś miał nieco podobną reakcję na klaskanie między częściami IV Symfonii Brahmsa.

Brahms – to mnie właśnie ciekawiło: jak ten wychowany na HIP muzyk poprowadzi tę muzykę z zespołem takim jak orkiestra Filharmonii Narodowej. Czy będą brzmienia delikatniejsze, czy pełne? Otóż okazało się, że raczej to drugie, ale za to będzie więcej się działo. Nie mówię tu o błahej Uwerturze akademickiej, ale przede wszystkim o IV Symfonii. Duże zaskoczenie już przy pierwszej, przedłużonej przednutce. Pełny dźwięk, ale śpiewność. W drugim temacie po raz pierwszy usłyszałam osobne łuki w smyczkach realizowane jak oddech. Druga część bardzo intensywna w swojej śpiewności, scherzo energetyczne, a finałowe wariacje zaskakiwały zwolnieniem tempa podczas solo fletu, które prowadzi do przejścia do fragmentu w E-dur, całego wolnego; przyspieszenie nastąpiło dopiero przy powrocie do e-moll i końcowym dramacie. Orkiestrze widać spodobała się praca z tym znakomitym muzykiem, który dyrygował symfonię z pamięci, bez batuty i właściwie rysował muzykę rękami – długo dawali aplauz sobie nawzajem, a i publiczność stojakiem godnie zakończyła festiwal.

Reklama