Dość bojówkarstwa w polityce

Rozróba bojówki Bąkiewicza w Berlinie nie może być tolerowana w państwie prawa. Ani w Niemczech, ani w Polsce. Tak samo jak „patrole” pod protektoratem posła Brauna, czepiające się ludzi na warszawskim Dworcu Centralnym pod pretekstem antymigracyjnym. Tolerowanie grup udających jakąś służbę mundurową lub samoobronną przez państwo polskie jest sprzeczne z naszym prawem i wystawia na szwank jego autorytet. Mimo to nasze państwo reaguje płochliwie albo wcale.

Policja, resorty spraw wewnętrznych, obrony i zagranicznych zachowują się, jakby nie dostrzegały poważnego problemu: mamy w Polsce zorganizowane bojówki nacjonalistyczne, podkładające nogę władzom państwowym, w szczególności rządowi. Co gorsza, sponsorowane politycznie przez prawicową opozycję. Dzieje się to w momencie, gdy Rosja i jej piąta kolumna w Polsce nasila ataki w ramach swej napaści na niepodległą Ukrainę. Polska jest najbardziej atakowanym przez Rosję – cybernetycznie i metodami sabotażu, dywersji, rozbudzania nastrojów antyrządowych – państwem członkowskim UE i NATO. Bojówki nacjonalistyczne swymi rozróbami de facto pomagają Rosji w tej brudnej wojnie.

Nieprzypadkowo przecież rozróba w Berlinie zdarzyła się tuż przed podpisaniem polsko-niemieckiego porozumienia w sprawie współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa między oboma państwami. W obronie rozrabiaczy przemówił Kaczyński owładnięty podwójną obsesją: na punkcie Brukseli i Berlina. Dla niego porozumienie jest kolejnym „nożem” wbitym przez Niemcy w plecy Polsce, tak jak unijny program SAFE. A rozrabiacze – bitymi przez Niemców ofiarami. Skąd my to znamy? Tak, tego samego języka użył niegdyś niedoszły premier, a może prezydent, Jan Rokita.

Niemiecka policja interweniowała, gdy grupa Bąkiewicza zignorowała jej ostrzeżenia, że łamie przepisy porządkowe i odrzuciła jej propozycje przeniesienia manifestacji nacjonalistów w inne miejsce albo pojedynczego, a nie grupowego podchodzenia do „głazu pamięci”, elementu pomnika budowanego przez Niemców ku czci polskich ofiar niemieckiej agresji i okupacji w latach 1939-45. W tych konkretnych okolicznościach manifestacja była prowokacją, co słusznie wytknął organizatorom i wykonawcom Kosiniak-Kamysz. Była zaplanowaną akcją polityczną, mającą pogorszyć relacje polsko-niemieckie pod hasłem „Niemcy biją Polaków”.

Na domiar złego posłużono się w niej krzyżem. Na tej samej nacjonalistycznej zasadzie sięgnięto po krzyże przed wielu laty, gdy ówczesna prawica podniosła krzyk w obronie karmelitanek mających opuścić teren obozu Auschwitz-Birkenau na mocy porozumienia między przedstawicielami Kościoła a środowiskami żydowskimi. Ostatecznie papież Wojtyła nakazał wykonać porozumienie. Krzyże na żwirowsku przylegającym do obozu stawiano setkami. Inicjator tej „repolonizacyjnej” akcji został usunięty ze spornego terenu przez policję, krzyże przeniesiono do pobliskiego klasztoru franciszkanów, karmelitanki przeniosły się w inne miejsce. Pozostawiono krzyż upamiętniający wizytę Jana Pawła w Auschwitz. Uff. Uszanowano pamięć polskich ofiar – więźniów Auschwitz – i wrażliwość wyznawców judaizmu, dla których krzyże w miejscu zagłady miliona Żydów były nie do przyjęcia.

Co z tego? Bąkiewicz znów dał znać o sobie, kiedy niedawno zrobił demonstrację pod Auschwitz w rocznicę pierwszej deportacji Polaków do obozu. Tę samą rocznicę próbował wykorzystać negacjonista Braun pod hasłem, że obóz był wybudowany dla Polaków i potrzebna jest „bitwa o pamięć historyczną”. A kto pada ofiarą tej „bitwy”? Oczywiście ofiary żydowskie, których było wielokrotnie więcej. Braun z Bąkiewiczem najpewniej pojawią się za chwilę w Jedwabnem w tych samych nacjonalistycznych celach. Taka to „bitwa o pamięć historyczną” – wbrew prawdzie, w kontrze do Kościoła, nastawiona na mobilizację sił antysystemowych pod kątem przyszłorocznych wyborów.

Państwo, które nie ma siły i woli politycznej, by stawić opór bojówkom i wszelkim samozwańczym „stróżom porządku”, atakującym konstytucyjny fundament jego funkcjonowania, nic nie zyska na bierności, a może stracić wszystko. A przecież wystarczy, by państwo stosowało demokratycznie stanowione prawo.

Reklama