Panteon Zełenskiego

Mieroszewski i Giedroyć przewracają się w grobach. Ich wizjonerski projekt UBL – przyszłej współpracy Polski z Ukrainą, Białorusią i Litwą na gruzach komunizmu – doczekał się niemal spełnienia po likwidacji Związku Sowieckiego. Nasi wschodni sąsiedzi chcieli z Polską współpracować. Białoruś też, póki do władzy nie doszedł Łukaszenka. Nawet Rosja Gorbaczowa i Jelcyna nie darła szat. Nie mówiła o rozpadzie Sowietów jako największej katastrofie geopolitycznej XX w. Tę złowrogą mantrę uczynił fundamentem swej polityki zagranicznej dopiero Putin. I też nie od razu, ale krok po kroku, od 2007 r. po dziś.

Juliusz Mierowszewski proroczo założył, że Sowiety się rozpadną i wtedy pojawi się historyczna szansa na przełamanie lodów między niepodległą już Polską i naszymi niepodległymi wschodnimi sąsiadami. A wspólnym mianownikiem będzie obrona niepodległości naszych państw przed imperializmem Rosji. Bo Rosja w każdej formie – carskiej, sowieckiej i „federacyjnej” – gdy przezwycięży wewnętrzny kryzys, zawsze wraca do imperializmu. Nie potrafi inaczej, choć próbowała po przewrocie lutowym, za pierestrojki Gorbaczowa i za Jelcyna. Wobec tego jej zachodni sąsiedzi muszą się zabezpieczyć. Litwa i Polska szukały zabezpieczenia w przystąpieniu do NATO i Unii Europejskiej.

Niepodległa Ukraina długo nie mogła się zdecydować, czy starać się o to samo. Próbę stowarzyszenia z UE storpedował Janukowycz, po czym uciekł do Rosji. Napaść Putina na niepodległą Ukrainę była logiczną konsekwencją antyzachodniego zwrotu Putina w polityce zagranicznej i obronnej oraz antydemokratycznego w polityce wewnętrznej. Putin nie spodziewał się jednak, że agresja na Ukrainę skonsoliduje demokratyczną Europę i wywoła odruch solidarności z mało jej znanym państwem za wschodnią granicą UE i NATO. Spodziewał się rytualnego potępienia napaści przez zachodnie demokracje, które nie będą miały siły ani ochoty do wspierania Ukrainy walczącej już cztery lata z rosyjską agresją. Tym bardziej nie spodziewał się, że agresja utknie, a solidarność będzie trwała.

Polska odegrała w tym nieoczekiwanym dla Rosji rozwoju wydarzeń ważną rolę. Momentem kluczowym było spontaniczne przyjęcie setek tysięcy uchodźców z napadniętej Ukrainy przez dziesiątki tysięcy Polaków dobrej woli. Kolejne polskie rządy poszły za obywatelami. Dzięki temu Polska wysunęła się na czoło we wsparciu humanitarnym, dyplomatycznym i logistycznym walczącej z Rosją Ukrainy. Te wszystkie osiągnięcia dziś stanęły pod znakiem zapytania. Polityka historyczna prawicy i nacjonalistyczne odruchy Pawłowa po obu stronach, nie tylko w klasie politycznej, ale i w społeczeństwie, codziennie oddalają nasze państwa i narody od siebie.

Apele o opamiętanie się i braterską rozmowę prezydentów Polski i Ukrainy spełzają na niczym. Kryzys w relacjach podsycają Rosjanie i ich V kolumny w naszych krajach. Polska z pozycji regionalnego lidera w sprawie napadniętej Ukrainy zaczyna być postrzegana w zachodnich stolicach jako nieprzewidywalna, a zatem mniej przydatna w ich zabiegach o zakończenie wojny. Nawrocki odebrał Orła Białego Zełenskiemu, Tusk zapłaci za to odsunięciem od stołu rokowań pokojowych.

Odebranie orderu było pierwszą salwą w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Prawica rozhuśtała antyukraińskie nastroje społeczne, aby usprawiedliwiać nimi radykalny zwrot swojej polityki, całkowicie sprzeczny z polskimi interesami politycznymi i gospodarczymi oraz z naszą doktryną bezpieczeństwa, sięgającą korzeniami doktryny UBL. Ten fatalny kurs dzieje się, przypomnijmy, w senackim roku Giedroycia. To się nazywa chichot historii. A towarzyszy mu rechot na Kremlu.

Zełenski oczywiście gra swoją grę polityczną. Jeśli przyjdzie cisza na froncie, również w Ukrainie będą wybory, w tym prezydenckie. Ukraina walcząca i powojenna potrzebuje swego panteonu bohaterów. Lwią ich część stanowią bohaterowie obecnej wojny. Zełenski nie mógł – nawet gdyby chciał – odmówić żołnierzom pragnącym odwołać się do oczywistej dla nich wspólnoty ich walki z walką Ukraińskiej Armii Powstańczej. Przywracanie pamięci o UPA jest od dawna elementem ukraińskiej polityki historycznej, której obecna wojna nadała nową i mocną treść. W Polsce nie wykorzystywano jednak tego do konfrontacji politycznej na najwyższym szczeblu.

Przeciwnie, po obu stronach dominowało myślenie pragmatyczne, a nie ideologiczne: priorytetem jest przyszłość. Nawet Nawrocki, jeszcze jako pracownik IPN, przyznawał, że każdy naród ma suwerenne prawo wybierać sobie bohaterów. Ale teraz, w roli prezydenta, kreuje się na jastrzębia, aby na ukraino- fobii pomóc przepędzić Tuska.

Czym się to różni od kalkulacji Zełeńskiego, by na nastrojach antypolskich narastających w Ukrainie pomóc wygrać kandydatowi jego partii w wyborach prezydenckich (sam raczej nie wystartuje) i parlamentarnych? I tak agendę państwową w obu krajach zaczynają układać demony nacjonalizmu zamiast trzeźwego patriotyzmu. Konfrontacyjny gest Nawrockiego ekipa Zełenskiego wykorzystuje do swoich celów dokładnie tak samo, jak ekipa Nawrockiego decyzję Zełenskiego o UPA.

Tylko UBL szkoda, szkoda cudu ostatnich lat w relacjach polsko-ukraińskich. Już dziś straty są wielkie – 200 umów podpisanych w Gdańsku kryzysu politycznego nie rozładuje – w niedalekiej przyszłości mogą być katastrofalne, gdy znów zaczniemy, i my, i Ukraińcy, patrzeć na siebie spode łba albo gorzej. Największym kapitałem ostatecznie zawsze jest wzajemne zaufanie.

Reklama